Kupiłam pismo Twój Styl, bo dodali film Allena z Penelopą, która wzbudza we mnie uczucia wzniosłe. W numerze zamieszczony był horoskop chiński, bo 14 lutego nowy rok. Jestem, według daty urodzenia, Kozą, także sobie poczytałam. Brzmiało dobrze, naprawdę aż mnie dreszcze przeszły, bo tak pasowało. Rok wyzwań, bronienia swoich racji, ale i zwycięstwa. Nowe szanse, praca, jakieś tajemnicze motto, które nie rozumiem. Na początku myślałam, że wszystkie znaki maja dobre wróżby, żeby pozytywnie zmotywować w nowym roku, ale nie. Niektórzy powinni uważać, a najgorzej będą miały Małpy. Po raz kolejny odebrałam znak prosto z chmury dotyczący nowych perspektyw, które muszę wykorzystać. To znaczy nie muszę, ale będę wtedy kretynką, a tego nie chcę. Więc prę do przodu, zarzynam się, a potem mam dziwne mroczki przed oczami oraz poczucie lewitacji w moim własnym pokoju, który widzę jak przez mgłę i na dodatek brudną mgłę. Jak zacznę czytać horoskopy, to proszę odstawić mnie do Ciechocinka.
Dostałam kolejne stypendium i to oczywiście miłe, kiedy dają ci pieniądze na twoje pomysły. Szkopuł w tym, że trzeba wykonać swoja pracę, którą się zaplanowało. I właśnie dziś wpadłam w panikę, że nie dam rady opracować DOBREGO przewodnika, że pomylę daty, że będzie nudno, że...ach, ach. Znacie to uczucie, kiedy siedzi się w wannie i chlipie nad sobą „jaka ja głupia, nie godna jestem spojrzeń na bliźnich”. A potem się wychodzi z łazienki i zwyczajnie zaczyna robotę.
Poza tym trzecia powieść w zanadrzu, bo jak już za ciosem iść to tak na oślep, aż się człowiek wywali. Jeden recenzent napisał tak o moim opowiadaniu: „ za takie poglądy jak ma Chutnik, to w czasie wojny AK dawało kulkę w łeb”. Zmroziło mnie, bo w recenzjach jeszcze mnie zabijać nie chcieli. Byłam rozżalona, że przecież się staram, że działam społecznie, że zdrajczynią nie jestem. Ale patriotką też nie. No w każdym razie znowu zachciało mi się chlipać o karłowatości mózgu. Aż tu nagle Julia napisała w mailu, zupełnie w innym temacie, że zbliża się nieuchronnie dzień, który nasi potomkowie nazywać będą Dniem Skopanych Tyłków (w skrócie DST, jak domy towarowe Pedet czy coś w tym stylu). I cytowany wcześniej recenzent wystąpi na tym Dniu, na festynie uroczystym, gdzie prezydent ucałuje najpierw bochen chleba i liźnie soli. Gdzie dzieci w strojach ludowych wręczą zebranym kwiaty z łąk polskich, a prawdziwe jelonki na rykowisku wzniosą swe pyski ku górze.
Na scenę wejdę ja osobiście i przy wtórze sprzęgającego mikrofonu zacznę czytać listę tyłków, które mają wejść po schodkach tutaj, do mnie. I się nadstawić.
Wszyscy ci, którzy jeszcze raz postraszą mnie kulką w łeb i nie skumają mojego matriotyzmu zostaną srogo ukarani na owym festynie DST. Także, sobie na drugi raz przypomnijcie o pewnym święcie i się ogarnijcie.
Dobrze, ulżyło mi.

Na koniec słów kilka o lansie i baunsie, czyli premierze poniedziałkowej filmu „Wszystko co kocham”. Foto pstrykało do obrzydzenia, ale film bardzo dobry. Film Borucha skojarzył mi się z kinem czeskim, z którym obserwujemy zawsze wtedy, gdy chcemy spokojnie wysłuchać historii, uśmiechnąć się na widok sympatycznych bohaterów i nieco uproszczenie spojrzeć na świat. „Wszystko co kocham” pachnie nie tylko oranżadą w proszku, jak głosi hasło reklamowe, ale i zwykłymi fajkami, magnetofonem z wciągniętą kasetą, a nade wszystko parą z koksownika stacjonującego ZOMO w czasie stanu wojennego. Perypetie młodego chłopaka przedstawione są na tle strajków w Stoczni, 13 grudnia i ciągłego niepokoju. Jednak, co rzadkie w Polsce, sentymentalna podróż do przeszłości nie epatuje nostalgią do samych czasów pustych sklepów i odwołania Teleranka. To raczej wspomnienie dzieciństwa, pierwszego seksu, pierwszego koncertu i dziwnego uczucia dojrzewania. Kiedy świat stoi przed nami otworem i niby wszystko fajnie, ale jednak nieswojo. Dylematy życiowe od razu zaczynają być dylematami z półki moralności, a my nie czujemy się na to wszystko gotowi. Podejmujemy decyzje trochę na oślep, ale głównie kierując się sercem. No, a jak już dorośniemy, to o sercu zapomnimy, bo zamiast niego wyrośnie nam portfel i najnowszy model komórki.
Cudowny Mateusz Kościukiewicz i Olga Frycz (to taka elektryzująca dziewczyna, niczym Penelopa, od której zaczęłam wpis). I Dezerter w kinie. Oh yeah!!
Na końcu dwie ważne dla mnie imprezy, o których nie będę się rozpisywać, bo nie chcę lecieć mego prywatą. To tak tylko spłycę do cateringu: Paszporty Polityki (oj, alkoholu to nie żałowali) oraz spotkanie z Ambasadorami Warszawy w staraniach się o Europejską Stolicę Kultury 2016. Dobre jedzenie ale mało wege przysmaków.
PS: Lusia luzik. Dzidzia też.
wybacz, że nie na temat notki, lecz tak tylko entuzjastycznie zakrzykne
w twoim kierunku - jeeedziesz dziewucho - śledzę, lubię, czytam tu i w
papierze, w ogóle fajność! skomentuj
Pani Sylwio, o które poglądy temu recenzentowi chodziło i, którego
opowiadania powyższa opinia dotyczy?
Korzystając z okazji chcę dodać, że felieton w "Polityce", pt. "Oda do
dresiary" BARDZO mi się spodobał. Rewelacyjny! I właściwie od tego
tekstu postanowiłam bliżej poznać świat Pani książek. Tak więc na razie
jestem początkującą/raczkującą fanką Pani twórczości. "Kieszonkowy atlas
kobiet" mam już za sobą - jednym tchem przeczytałam:) Reszta tekstów
jeszcze w kolejce czeka, ale już niedługo;) skomentuj