Jak mogłyście mi to zrobić! Stefania chodziła nerwowo po pokoju Celiny i paliła papierosa. Papierosy zawsze pomagają, bo przynajmniej człowiek czuje, że coś jeszcze robi oprócz denerwowania się. Można przekłądac fajke z ręki do ręki, wypuszczać dym, osnuwać sie nim. Można się w tym dymie zatracić, schować.
.jpg)
Stefania przybiegła od razu po przesłuchaniu na policji, kiedy znaleźli zwęglony samochód z ciałem Andrzeja. Awanturowała się z kwadrans nie dając dojść do słowa dziewczynom.
Jak mogłyście to zrobić i zabić mojego męża- przecież to ja go miałam zadźgać! Już nawet sobie przygotowałam nóż, już sobie przygotowałam cały plan. Nóż z tele zakupów specjalnie wyostrzony na wszelką krzywdę, z różową rękojeścią. Czy wy wiecie, jakie to uczucie, kiedy człowiek się nie zemści. Co wy sobie wyobrażacie? Dlaczego pozbawiłyście mnie tej satysfakcji, tego cudownego uczucia wsadzania ostrza aż po sam rączkę. Będę chodziła do końca życia w poczuciu niespełnienia. Wrażenie, jakbyś wyjść z domu nie być pewną, czy się czegoś nie zapomniało: zgasić ogień pod garnkiem, zamknąć okno na wypadek burzy. Coś miałam zrobić…I nagle sztylet przebija serce- zrobić już tego nigdy nie będę mogła.
A do tego, cóż to za metody? Jakieś strzały, podpalanie. Czy nie można go było zwyczajnie torturować, tak najlepiej kilka dni? Oskalpować, poprzypalać, połamać wszystkie kości i patrzeć, jak zdycha. Zbyt dobra była jego śmierć, zbyt dobra jak na takiego złego człowieka.
Czyn wasz był efektem źle pojętego siostrzeństwa i tak naprawdę spełnieniem egoistycznej zachcianki rozprawienia się ze złem. Czemu uczucia biednej matki się nie liczą. A co, jak już żona, to ma być pozbawiona praw?
Tylko zemsta może uratować wszystkie sprzątające kobiety w wałkach, w podomkach, w uwięzieniu między odkurzaczem, a pralką.
Stefania nie mogła się uspokoić, widać było, że każde kolejne słowo nakręca ją jeszcze bardziej. W końcu stanęła w miejscu i zapatrzyła się przez okno na czubek Pałacu Kultury wystający zza horyzontu jak jakiś górski szczyt.
Dziewczyny czuły się, jak na dywaniku u dyrektorki. Nie było sensu nic mówić, bo i tak wszystko było przeciwko nim. Bąknęły nieśmiało, że to miał być taki urodzinowy prezent, że myślały o jakieś frajdzie, niespodziance.
Na to Stefcia prychnęła i powiedziała, że wybór śmierci swojego kata to jak zapach perfum- sprawa indywidualna i prezentów nie ma co robić, bo zawsze pudło.
No nic, dodała po chwili, jakby zmieniona. Czasu cofnąć się nie da, trzeba żyć dalej. I, nieoczekiwanie dla pogrążonych w poczuciu winy koleżanek, zaprosiła je wieczorem do siebie. Denat miał kolekcję whisky, można ją wreszcie wypić. Halinie uśmiechnęły się oczy, ale dostrzegła srogą minę Celinki i szybko powiedziała, że nie ma dziś czasu. Ma obowiązki natury matczynej, mianowicie szkoła rodzenia.
Stefcia niedbale machnęła dłonią. Ech, rodzenie, bez przesady. Przyj, nie przyj, oddychaj, nie oddychaj i już dziecko na świecie. Potem karmić, zmieniać pieluchę i ani się człowiek obejrzy, a dziecko już maturę robi.
Po wyjściu świeżo upieczonej wdowy dziewczyny zaczęły gotować obiad. No bo co innego można zrobić, kiedy tyle ma człowiek problemów na głowie.
Cięły energicznie cebulę, siekały koperek i rozgniatały czosnek. Ich wprawne dłonie z taką samą szybkością mieliły pieprz, co ludzkie ciało. Stare przysłowie gospodyń domowych mówi, ze jeśli umiesz upiec ciasto poradzisz sobie z każdym zabójstwem.
Po obiedzie przeszły się w stronę rogatek na placu Unii Lubelskiej i kupiły sobie po bukieciku kwiatków. Tak na szczęście.
- Dziś już chyba nikogo nie skopiemy, co? Za ładnie słońce świeci, zbyt ładnie wyglądają te kamienice wokół nas.
W szkole rodzenia unosił się charakterystyczny zapach szpitala i odświeżacza do powietrza. W korytarzu czekało już kilka małżeńskich par przebranych w dresy i legginsy. Nie mieli na sobie nic, co krępowałoby ruchy, tak niezbędne do symulacji porodu. Halina czekała na Antka, który wpadł w ostatniej chwili i wyglądał na szalenie przejętego. Czuł się niczym szpieg z krainy deszczowców, który niechcący znalazł się na popołudniowej herbatce i chce odnaleźć się w sytuacji. Ach, więc to jest laktator, doskonale, a tu wanienka do mycia dziecka i przewijak do zawijania w rożek. Halina starała się uważnie słuchać, ale co chwila wybuchała nerwowym chichotem. Kiedy przyszło do podskakiwania na piłce musiała wyjść i pośmiać się na osobności.
W tym czasie Antek ze skupioną miną próbował oddechu przeponą. W razie czego i za nią urodzi, co to dla niego, w końcu chce pomagać, da radę, jest silny i młody.
Halina stała w ciasnej toalecie i patrzyła w lustro. Halo, koleżanko, masz już trzydzieści lat, czas się ogarnąć. Nie śmiać z cudów natury tylko zacząć czytać te wszystkie poradniki dla przyszłej matki i wmasowywać krem w brzuch. Bez cellulitis, bez zmarszczek, bez skóry. I jakoś to będzie. Myślała o tym, jak szybko można przeskoczyć z zabijania do rodzenia. Czuła, że za chwilę popadnie w stan melancholii i snucia rozmyślań. Zbyt niebezpieczne, włączył jej się alarm depresji.
Kiedy wyszła już z toalety czekał na nią Antek „pani mnie wysłała po ciebie- myśleliśmy, że coś ci się stało, że rodzisz już!”
Halina pokiwała z politowaniem głową
- W kiblu to ja nie urodzę. Co najwyżej w czasie bójki.