iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Teatr Mszy
Poszłam na „Mszę”.
Na początku podekscytowałam się, że Żmijewski przedstawi na deskach Teatru Dramatycznego mszę katolicką w skali 1:1. W sobotę rano ściskał mnie z nerwów brzuch, bo wcale nie byłam pewna, czy chcę raz jeszcze zobaczyć coś, z czego świadomie zrezygnowałam. Czy chcę iść na ceremonię jakąkolwiek, a już szczególnie na taką, która kojarzy mi się ze złymi emocjami. Poza tym obawiałam się protestów, przepychanek i szamotu, a po całym tygodniu chciałam zwyczajnie zasiąść na czerwonym foteliku dużej sceny i czuć się zabawianą. Szybko odpowiedziałam sobie jednak z przekąsem, że trzeba było w takim razie wybrać repertuar Teatru Komedia albo czegoś w tym stylu. A jak się do Dramatycznego idzie to się trzeba ogarnąć. Poszłam. 
 
Atmosfera podekscytowania, warszawka nie wiedziała, czego się spodziewać i kilka osób nerwowo chichotało przez cały czas. I dzwon, chór dziewcząt w białych bluzkach na tle czarnej loży. Gdzieś w górę. A jednak teatralność. Wchodzi ministrant i zapala świece, wykłada Biblię. I ksiądz z tym całym zaśpiewem, który strasznie mnie irytuje, bo jest po pierwsze nienaturalny, a po drugie te kościelne melodie są nie do zanucenia. Ale aktor dobrze sobie radzi, robi pauzy w tekście jakby recytował, za chwilę znowu naturalnie.
 
Nikt tu sobie profanacji nie uskutecznia, to jest poważne przedstawienie. Chwilami denerwujące, ale za chwilę przechodzące w coś wzniosłego. Rozedrgane emocje na widowni mają znajdują ujście przy kazaniu (o tych, co się pchają do pierwszych rzędów zamiast być skromnymi) i przy ogłoszeniach parafialnych. Ale dwa punkty są ważne: zbieranie na tacę (Katarzyna Figura z tym swoim cudnym uśmiechem podbiegająca, aby dołożyć się do koszyczka) i komunia.
 
Bo po poświęceniu hostii i wina ksiądz z ministrantem stanęli przed sceną i tak sobie stali, bo wiadomo było, że to nie może być prawdziwe ciało i krew Jezusa. I to nie komunia. Ale dwie osoby przyszły i przyjęły. Nie to, że zabawa. To właśnie teatr, a raczej performance ze współuczestniczeniem. Sztuka jest poważna, do cholery. Dobra sztuka wwierca się do środka, ale nic się na zewnątrz nie wylewa, wręcz przeciwnie. Coś zyskujemy.
 
Na końcu mszy oklaski, aktorzy wyszli na scenę i się ukłonili.
Momentami zupełne, bardzo piękne wzruszenie, dotknięcie czegoś z dzieciństwa, kiedy po prostu uczestniczyłam we mszy i wcale nie zastanawiałam się nad kwestią wiary. To był rytuał nie do końca zrozumiały, odprawiany przede mną najpierw w kościele Wszystkich Świętych, potem u Kostki na Żoliborzu ( więcej tam było flag Solidarności niż kwiatów). 
 
Kiedy zobaczyłam po latach mszę katolicką wyniesioną do rangi przedstawienia to chyba po raz pierwszy dokładnie się wsłuchałam w tekst, dokładnie zobaczyłam te wszystkie gesty, kolejność przejścia, przeczytania, pocałowania księgi.
 
Dla mnie to wspomnienie dzieciństwa, ewentualnie antropologia widowisk. Ale dla wierzących? Myślę, że powinni na „Mszę” Żmijewiskiego iść, aby przesunąć perspektywę i odkryć coś na nowo. 
A zresztą, to ich sprawy, ja się na tym nie znam i znać nie chcę. Ale teatrowi dziękuję, bo to odwaga, dobra prowokacja do myślenia. To stawianie pytań o sacrum na scenie w tych szczególnych czasach.

 

Komentarze (6)
Odpadki miasta Pocztówki
4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |

Sylwia Chutnik on Facebook