iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Radio, wino, kino
Dziś trzy rzeczy. Powinnam zacząć od przygotowania petycji przeciwko mrozom, które szczypią ludzi na przystankach (bo autobus nie jedzie, bo go przysypało i był korek utworzony przez tradycyjnie zaskoczonych kierowców i jeszcze bo ktoś zdarł rozkład jazdy). A może dorzucić kilka dykteryjek o przedświątecznym szaleństwie? Otóż nie, nein, ja protestuję. Będę o radiu-diu- diu pisać, bo mam ku temu powody.
 
Od stycznia w każdą środę o 7.30 rano (prime time, wstawać, nie leniuchować) w Dwójce, co to ledwo dyszy finansowo, ale dzielnie się trzyma, mam mini- audycję u Kasi Nowak (która jest świętym Mikołajem spełniającym życzenia o gadaniu do mikrofonu). O języku gadaniu. Właściwie to wcale nie audycją moja, tylko ja tam goszczę, ale lepiej brzmi, jak napiszę nieprawdę. W każdym razie tematy krążą sobie wokół antropologii porodu, języka szeptanego, języka warszawskich zdrobnień oraz groteski w opisywaniu Holokaustu. Słowem: idealne na rozpoczęcie dnia dywagacje, zmyślenia i DYSKURS (nie bójmy się tego słowa!) genderowej (a jak!) wrażliwości. Serdecznie państwa i tak dalej.
 
Poza tym wino: pojawiły się nowe gadżety z serii pamiątka z Polski na ludowo, ale nowocześnie. Jest to magnes/znaczek/torba płócienna z makatkowym napisem „polskie gospodynie siłę widzą w winie”. I tu troszkę o nałogach- ostatnio było o fajkach, teraz o alko. Bo to jest tak, że polskie gospodynie, aby godnie reprezentować rodzinę w sklepie czy też w funkcji sprzątaczki, muszą sobie wieczorkiem coś tam łyknąć. Jedne preferują wino, inne piwo, czasem dżointy, a najczęściej mityczne „drinki”. Nie wiadomo wtedy, co tam dokładnie się znajduje w szklance i w jakich proporcjach, ale dzięki temu Polskie Matki i Żony są zadowolone jako tako i szybko idą spać. Poziom ukrytych alkoholiczek, które dbają o ognisko domowe jest spory. Nie ma badań, bo niech ręka boska broni, żeby się wydało. Jeszcze by pretensje mieli znowu o coś, że niby naprute babony dzieci przewijają i kolację mężowi odgrzewają. A tak to w domu po kryjomu na delikatnym rauszu świat wygląda inaczej. Siła naprawdę znajduje się w winie, już to w Biblii napisali.
 
Zostało kino (w którym jest przecież cieplej, niż w cholernym autobusie). Widziałam tydzień temu „Białą Wstążkę” na naszym cyklu Z Dzieckiem w Kinie w warszawskim Muranowie. O rane, ale dół. Geneza faszyzmu w wersji czarno białej, z zasznurowanymi ustami i naciągniętymi kokami do granic wytrzymałości. Tam wszystko było na granicy. Tego samego dnia poszliśmy też na „Mikołajka” i to już była radykalna zmiana klimatu. Najbardziej się cieszyłam, że pokazali Ananiasza, pupilka pani. Zawsze nim chciałam być. W wersji nowoczesnej- czyli w książce o „Koszmarnym Karolku”- taką funkcję męczącego lizusa spełnia Doskonały Damianek. Cudowni są, takich synów powinni wszędzie sprzedawać.
 
I na końcu napiszę, że zjechałam wczoraj na sankach inauguracyjnie w tym sezonie i nawet nic nie zepsułam (ostatnio jestem grubą świnią, podobno Greenpeace się mną interesuje w związku z kampanią „Uwolnić lochę”, no nieważne, nie będę tu pisała, że jestem gruba, to nie wypada, mam w mainstreamie rolę feministki i nie mogę schodzić poniżej poziomu).
 
W oczekiwaniu na „Dzidzię” dodam jeszcze, że zaraz wychodzi z drukarni, ale pod koniec stycznia będzie w księgarniach, a jeszcze później oficjalna premiera. Też nic nie rozumiem, w każdym bądź razie napisałam książkę (fanfary, oklaski, orkiestra tusz). Proszę mi wierzyć. Dowód poniżej.
 
                                       
 
Na okładce obraz autorstwa Jadwigi Sawickiej "Sukienka komunijna". Pozostałe prace można zobaczyć, a nawet trzeba, na www.jadwigasawicka.webfabryka.pl
 
Jedynym pocieszeniem jest fakt, że w księgarniach czeka tyle innych książek i sobie każdy/a kupi, co będzie chciał/a i przecież też są biblioteki, to za darmo można sobie jakiegoś Słowackiego wciągnąć. Nie czytać po prostu tych bełkotów młodej literatury. A że książka jest o naszym kraju opisanym w sposób bluźnierczy, no to już szkoda słów i ręce opadają. Dlaczego nie ma pozytywnych, wesołych historii? O pozytywnych, wesołych kobietach? Bo, proszę państwa, najlepiej to tylko narzekać i bluźnić- o, to z przyjemnością robią. Do roboty niech się wezmą jeden z drugim i trzecia z czwartą. Do jakiś, bo ja wiem, łopat czy też do creative accounting w wieżowcu wysokim do nieba.
Odtrutką na złą sytuację w polskiej kulturze i ogólny permisywizm jmoże być to (trzymałam na deser)
Ha!
Komentarze (8)
Jak rzucić palenie radzi Jan Chutnik

Mój dziadek Jan Chutnik ma ręce pokryte tatuażami. Ma ich tyle, że nigdy go chyba nie dogonię. Zapytałam go kiedyś, jak to było z tym rzucaniem fajek.

Postawny, dobrze zbudowany 69-latek z wyblakłym blond kosmykiem na siwych włosach opowiada topograficznie. Palił na Łowickiej, przy Dworcu Zachodnim, na Płockiej. Urodził się w pierwszym roku wojny, w rodzinie robotniczej. W czynszówce żydowskiej na ulicy Łuckiej mieszkała cała jego rodzina. Teraz mieści się tam szkoła dla głuchoniemych.

Po powstaniu warszawskim wygnany z matką do Pruszkowa. Po kilku miesiącach pobytu w Tarczynie wrócił do stolicy, gdzie spotkał się ze swym ojcem, byłym więźniem Oświęcimia. Zamieszkał z rodziną na ulicy Wawelskiej, później na Kopińskiej 9, gdzie został do 1973 roku. Stara kamienica, na miejscu której znajduje się dziś dwupasmowa jezdnia, miała wspólny wychodek na korytarzu. Przez pewien czas na szesnastu metrach mieszkało pięć osób: Jan z żoną, ich dwoje dzieci i matka Jana, która spała za kotarą. Kamienica sąsiadowała z tak zwanym Pekinem, czyli trzema sporymi domami, w których większość mieszkańców nie pracowała tylko piła i imprezowała. Jan Chutnik z chęcią przyznaje się, że uczestniczył w kopińskich libacjach. Na pobliskim podwórku wypalił pierwszego papierosa.

W 1974 roku zamieszkał na Płockiej, gdzie jest do tej pory. Dwa pokoje z kuchnią wystane w spółdzielni mieszkaniowej „Wola”. Ładna łazienka, duży balkon. Od Kopińskiej dzielą je tory i dworzec. Pracował jako goniec, blacharz, majster, budowlaniec. Prawie zawsze przy tym palił.

W 1998 roku poleciał do Stanów, do swojego syna w odwiedziny. Czyli do mojego taty, co grał zawsze na perkusji i był muzykiem przez wiele lat.

Na lotnisku, po trzydziestu sześciu latach nałogu, z nielicznymi przerwami, skończył swojego ostatniego papierosa i oddał resztę paczki żonie. Wrócił i nie pali do tej pory. Tak po prostu? No, chyba tak po prostu.

Nie wiem, bo ja nie mogę sobie odmowić imprezowych She w pudełku z brylantami lub wieczorowych Vogue.

 

  -   Jak wyglądało Twoje dzieciństwo?

-    No dość wcześniej zacząłem pracować. W szóstej klasie nie zdałem i przeniosłem się do wieczorówki. Podjąłem pracę jako goniec. Miałem wtedy czternaście lat, ale żeby dostać pracę, musiałem mieć skończone szesnaście, więc skłamałem. Nosiłem listy na pocztę. Później roznosiłem gazety. Ciężkie paki były. Musiałem rano zanosić je pod kioski na Dworzec Główny i Zachodni. Jak miałem szesnaście lat, to zatrudniłem się jako blacharz. Ale nie jako uczeń, bo mniej pieniędzy bym dostawał, tylko od razu poszłem za pomocnika. Zarabiałem wtedy dwa tysiące, a wtedy moja matka- pomoc zecera- zarabiała z dziewincet. A rok później już byłem ożeniony z babką.

-         I co, jak zacząłeś palić- w czasie pracy pewnie?
-         Nie...Jak miałem szesnaście lat to ja już paliłem jako zawodowiec. Zacząłem palić w wieku siedmiu lat.
 
-         Siedmiu lat?!
-         No mieszkałem wtedy na Kopińskiej. To było w czterdziestym siódmym. Kumpel z podwórka dostawał paczki od wuja ze Szwecji. Kiedyś były takie akcje przysyłania paczek, dostawało się je głównie z Ameryki, to były tak zwane UMR-owskie przesyłki. To był luksus tylko dla tych, co mieli rodzinę za granicą. W paczkach była kawa, puszki, słodycze. No i ten kumpel miał starszego brata i jemu wuj przysyłał, obok jedzenia, papierosy. Były wtedy takie cygara hawajskie i Chesterfieldy. Takie długie, amerykańskie papierosy. I pierwsze palenie było tutaj z tyłu Pasteura, na dechach. Wziełem tego jednego papierosa, tego Chesterfielda. Siedziało nas tam chyba z dziesięciu chłopaków.
 
-         Mieliście jednego papierosa na tylu chłopaków?
-         Nie. Mieliśmy całą paczkę. Każdy z nas miał po jednym i sobie tam palił. Taki starszy chłopak nas uczył się zaciągać. Bo wiesz, tak palić, kurzyć, to sobie długo można. No i normalnie jak tak pociągnąłem z kilka razy, to mi się w głowie zakręciło. Spadłem z tych desek. I tak leżałem, trzymając się rękoma ziemi, a tak mi się kręciło jak karuzela. Zacząłem wymiotować. Ten starszy się ze mnie śmiał, ale reszta nie, bo im też się kręciło w głowie. Pamiętam smak pierwszego papierosa. Bo to jak się haustem zaciągnęłaś, to aż się w głowie kręciło. Potem już ze dwa lata nie paliłem. To znaczy czasem, tak z chłopakami. Mieliśmy tam różne bandy, w zależności od tego, kto na jakim podwórku mieszkał. Ja popalałem z kumplami z podwórka, z tymi z Pekinu przy Radomskiej 2, 4 albo 6. A tak naprawdę zacząłem palić jak miałem trzynaście, czternaście lat. Jak zacząłem pracować. Miałem swoje pieniądze i mogłem sobie kupić jak chciałem. Kupowałem sobie Camele, Pallmale. Wtedy to były oryginalne, długie papierosy. Paliłem sobie od okazji do okazji. Wypalałem z pięć dziennie. Jak z chłopakami staliśmy, to się paliło. Mogłem tydzień palić, tydzień nie.
Każdy fajki swoje miał, raczej częstowania nie było, bo jak ty brałeś, to musiałeś potem sam częstować. Czasem fajki nosiłem w kieszeni i nie paliłem. Jak ktoś chciał, to go częstowałem. Jak jeszcze nie pracowałem, to mi matka fajki zabierała, ale jak zacząłem pracować, to mogłem zawsze nosić. W pracy nie paliłem, musiałem być za grzecznego. W domu też nie. Matka wiedziała, że palę. Sama nie paliła. No, ale jak już miałem z szesnaście lat i zacząłem chodzić z babką, to już paliłem regularnie. Była moda na kawiarnie, to siedzieliśmy i paliliśmy. Ja nauczyłem babcię palić. Pracowałem wtedy w warsztatach na Lesznie.
Tam byli tacy przedwojenni blacharze, wyzywali mnie od gówniarzy, to przy nich nie paliłem. W ogóle kiedyś nie paliło się tak ostentacyjnie, jak teraz. Jak się było gówniarzem , to trzeba było się ukrywać, nieraz się papierosa w rękawie trzymało.
 
-         Czy w czasie, kiedy paliłeś, miałeś momenty, w których chciałeś rzucić nałóg?
-         Tak. Pierwszy raz rzuciłem palenie jak miałem dwadzieścia lat. Nie paliłem wtedy około dwóch lat. To był czas, kiedy przestałem trenować piłkę i urodził się twój ojciec. Trenowałem ją od czternastego roku życia. Najpierw poszedłem do trampkarzy, do Polonii. Potem byłem na bramce. Miałem zmiany w płucach. Po wojnie mój ojciec tez miał, więc wyszło na to, że mam skłonności. Przestraszyłem się, bo ojciec umarł na płuca. W czterdziestym siódmym. I rzuciłem palenie. Wyszedłem od lekarza, dali mi jakieś proszki i od razu przestałem palić. Nie paliłem dwa lata, ale przytyłem ponad dwadzieścia kilo.
 
-         Jadłeś zagryzając nałóg?
-         Nie, to nie tak. Chciałem się dobrze odżywić. Zawsze byłem chudy, zacząłem więc dbać o jedzenie. Wtedy nie trenowałem, i zobaczył mnie ówczesny trener Polonii Szczepaniak. Zaczął mnie wyzywać od potworów. Kazał przyjść na trening. Zacząłem znowu grać. Znalazło się wtedy miejsce w zespole trzecioligowym Okęcia. Był akurat turniej halowy i dobrze w nim wypadłem. Prezes obserwował mnie i zaproponował granie. Zapewniali koszulki i takie tam. Od razu schudłem. Miałem treningi trzy razy w tygodniu: w poniedziałki, wtorki i czwartki. Oprócz tego cały czas pracowałem jako blacharz. Zarabiałem bardzo dużo. I znów zacząłem palić. Każdy palił i jakoś tak głód przyszedł. No i paliłem od 1962 roku do 1998 roku. Zmieniłem prace na konserwatora urządzeń wentylacyjnych na Karolkowej. Miałem papiery mistrzowskie. Ale nie.. czekaj. Źle ci powiedziałem. W 1982 roku miałem zawał. Wtedy przestałem, no nie było wyjścia. I do 1988 roku nie paliłem.
Potem przyjechałem z Czechosłowacji, gdzie pracowałem na kontraktorce. Zacząłem prowadzić swój biznes- własną firmę budowlaną. No i zacząłem palić znowu. No to normalne było. Jakoś mnie tak naszło. Najdziwniejsze, że w czasie roboty w Czechosłowacji nie ciągnęło mnie do papierosów. Piłem piwo, graliśmy w karty, wokół mnie palili, a mi się nie chciało.15-20 papierosów dziennie. No, tyle wtedy wypalałem. Dochodziło potem i do dwóch paczek dziennie. Ale kiedyś to papierosy były słabsze. Zaczynałem od Cameli, potem paliłem Grunwaldy, potem Extra Mocne.. Kiedyś to papierosy lepsze były.
 
-         A co się takiego stało w dziewięćdziesiątym ósmym, że rzuciłeś fajki?
-         Rok wcześniej przyjechał na wakacje twój ojciec ze Stanów i mnie strasznie gonił z tym paleniem. Jak jechaliśmy samochodem, to mi papierosy przez okno wywalał. Ja mu mówiłem: człowieku, daj se spokój, jak będę miał przestać, to sam przestanę. Ale nie przestałem dlatego, że mnie syn gonił. Nie wiem, czy tak wszyscy mają, ale do mnie przyszedł taki wstręt jakiś. Zaczęły mi papierosy przeszkadzać. Momentalnie.
 
Jak jechałem do Krzyśka, twojego ojca, to rzuciłem w tym dziewięćdziesiątym ósmym. Wiedziałem po prostu, że nikt u niego w domu nie pali. No to jak ja będę komuś smrodził pod nosem. W samolocie nie można palić, chociaż tam się różne kombinacje robi, a to w kiblu się pali, a to coś. Jak tam pojechałem, to się mnie spytali: palisz ojciec? A ja im :nie. Taa, jak to nie? No nie palę normalnie. I już. Nie ciągło mnie. A teraz to już nigdy w życiu nie będę palił. Mnie już dym przeszkadza. Ja już wyczuwam, że teraz inne papierosy są. Strasznie śmierdzą, do każdego amoniaku dodają, smród jest jeden.
 
           -Pamiętasz swojego ostatniego papierosa?
            -Nie no, ja nie myślałem o tym wtedy, że już nigdy w życiu nie będę palić. Nie robiłem żadnych planów. Stałem na lotnisku czekając na samolot do Stanów i oddałem babce paczkę. Mój organizm nie ma skłonności do uzależnień. Po prostu paliłem, bo nie miałem co robić. To był odruch. Nie miałem co zrobić z rękami. Stoisz na przystanku i czekasz na coś- wyciągasz papierosa. Siedzimy razem i gadamy, nie mamy o czym mówić, jest cisza- zapalam papierosa.
To jak między pauzami.
 
-         A w Stanach miałeś już co zrobić z rękami? Dlaczego tam nie paliłeś?
-         Po prostu tam byli ludzie, z którymi miałem o czym rozmawiać. Zresztą w samolocie nie mogłem tez palić. Nie leciałem pierwszy raz, to wiedziałem. U twojego ojca byłem w sumie półtora miesiąca i nawet nie miałem kiedy pomyśleć o fajku. Tam w ogóle nikt nie palił. Nawet jakbym bardzo chciał, to wiedziałem, że nie mogę. Nie chciałem się ukrywać. Nie chciałem im palić. Przyjechała tam do nas na przykład siostra moja i jej cała rodzina paliła. Mówi :zapalisz z nami, Jasiu. A ja na to, nie. Ona: jak to? Przecież paliłeś. No ale nie palę już teraz.. No i tak.
 
-         Czyli to było takie ambicjonalne: na początku wizyty powiedziałeś im, że nie palisz, więc nawet jakby ci się zachciało to nie ulegałeś?
-         Nie no, nie wiem. Na pewno nie chciałem im robić dodatkowego kłopotu. Wiedziałem, że tam na przykład jest dużo dywanów, karpetów. A to przecież palenie śmierdzi. Także no tam.. Nie ciągło mnie po prostu. A w domu, po powrocie już nie miałem ochoty. Nawet na działce samemu nie chciałem. To znaczy czasem jakieś tam myśli były, to nawet specjalnie od kogoś wziąłem , ale to mnie nie ciągło już. Miałem też taki nawyk, że nie paliłem, anosiłem ze soba paczkę. I jak ktoś chciał, to częstowałem. Dziwili się, że nie palę. „To po co nosisz fajki?” „A tak sobie”. Nie smakowały mi. I nie paliłem.
 
-         A co robiłeś, jak nie paliłeś?
-         No znowu jadłem. Przytyłem znowu. No musisz coś robić. Jak siedzisz to albo pijesz, albo do lodówki pójdziesz. Babka mnie skusiła na Nicorette, ale to wcześniej brałem. Nic mi nie pomagało.
 
-         Więc u ciebie palenie to nie był głód nikotyny tylko zapełnianie chwili, tak?
-         Nie, widzisz, to zależy od człowieka. Bynajmniej w moim przypadku, ja nie miałem objawów nałogu. No bo to jednak nałóg jest. Nie miałem takich objawów jak pocenie się, trzęsące się ręce. Ale mnie nie ciągło. Nie miałem głodu. Jak zacząłem palić w 1988, to mnie jednak ciągło trochę. W dużej grupie mi mówili: zapal sobie. Jak już robiłem kosztorysy u siebie, to już normalnie paliłem.
 
-         Opowiedz mi o tym ostatnim razie. Pamiętasz tamtego ostatniego papierosa?
-         Ja nie myślałem wtedy, że to ostatni papieros. Raczej myślałem o tym, co będzie, jak wyląduję. Wsiadłem, wyrzuciłem. Żadnych pożegnań z papierosem. Czasem to walną z kopa, spluną, zarzekają się. Nie tam. Normalnie pożegnałem się z babką, oddałem jej paczkę papierosów i tyle. Nawet po powrocie nie nosiłem ze sobą paczki. Nigdy nie przykładałem wagi do palenia, nie robiłem rytuału. Nie paliłem z niesamowitą przyjemnością. Ja sobie myślałem tak: jakby mnie gdzieś zamknęli i nie mógłbym palić, to bym nie zwariował. No mam taki charakter. Jak sobie powiem, że nie będę palił, to nie będę palił. Dla mnie to nic specjalnego. No tak po prostu jakoś rzuciłem.

Dla pogłębienia tematu:

Klein Richard 'Papierosy są boskie" i jeszcze Grammatik "Papierosy" http://www.youtube.com/watch?v=OO7rrqcRKrQ

Komentarze (0)
W oczekiwaniu na Dzidzię

„Literatura, która zlekceważy sprawy doniosłe dla społeczeństwa, szykuje sobie zgon z powodu błahości [...] Zadanie literatury jest trudniejsze, podwójne: wchłonąć kawałek twardej rzeczywistości, ale równocześnie pokazać, w jaki sposób tworzy się interpretacja tegoż świata. Nie chodzi więc o to, żeby literatura była odbiciem rzeczywistości, bo tak formułowane zadanie skazuje ją na powielanie języka mediów. Nie chodzi również o to, by estetyzowała, bo estetyzując ulega złudzeniu, że istnieją sfery wolne od polityki, choć rzekomo życiowo istotne i nie pozbawione wpływu na władzę. Może szansą literatury jest metamedialność, to znaczy występowanie jako dekoder środków masowej komunikacji - jako przekaz, który odsłania reguły narodzin obrazów świata w kulturze masowej.”

(Fragment rozmowy Jarosława Borowca z profesorem Przemysławem Czaplińskim 24.10.2004)
                                                                                                       
 "Jest u nas taki obyczaj literacki, który każe nazajutrz po świetnym debiucie mówić, że młody autor skończył się i już nie powie nic nowego"
(Zbigniew Herbert o tomie wierszy Mirona Białoszewskiego)
 
"Dziwne"
(o "Dzidzi" Paweł Szwed ze Świata Książki)
 
"Chutnik na każdy zadany temat napisze lewicowo-feministycznie"
(prof Dariusz Nowacki z naganą)
 
Kiedyś lubiłam kresowe opowieści.
 
"Znam literaturę przewrotną i oszukańczą. Chowa się pozornie w domkach na wsi, pali w piecu i wypieka chleb. Wydaje się, że daleko jej do wielkomiejskich mód pisarskich, szumu mediów i palących problemów społecznych. Hołduje przecież tradycji i archaiczności. Ceni rodzinę, przyjaźń i wyciszenie. To tylko fasada. Ta sama literatura strzyże ciekawie uchem w stronę mediów. Nie przywołuje realnych zdarzeń, nie agituje i nie osądza. Na swój lokalny sposób przedstawia „reguły narodzin obrazów świata”. Reguły są tu proste, jak proste jest przywitanie sąsiada w sklepie czy naprawianie cieknącego kranu. Czarne Andrzeja Stasiuka, a także dawno temu malutka wieś pod Wałbrzychem Olgi Tokarczuk. Małe światy odbijające rzeczywistość magiczną. Czy tworzą bajkę czy tylko ją interpretują?
Pozornie nic nie łączy małych osad z polityką. Przywykło się tworzyć rozróżnienie na sprawy lokalne, które zostają w konkretnych ramach i problemy metropolii, które zawsze wypełzają po całym kraju. Ludzie z miasta lubią myśleć o tym, że na wsi czeka na nich raj, że zniszczeń dokonują tylko tam, gdzie żyją: wysypują śmieci tylko w obrębie miasta, tam tylko widać skutki podejmowanych decyzji przez rząd. Za granicami ich domów, na polach i łąkach żyją sobie za to prości, sielscy ludzie, którzy hodują zwierzątka i czekają na zmęczonych ludzi miasta.
 
Tymczasem rzeczywistość nie jest tak wspaniała. Literatura nie krzyczy jednak mocnych słów z języka mediów takich jak „bezrobocie”, „bieda”, „patologia”. Pokazuje za to historie konkretnych ludzi współgrających z rzeczywistością . Jest to „gra na wielu bębenkach”, jak u Tokarczuk bądź „ gra na człowieka” jak u Stasiuka. Są tu fałszywe tony, zbędna wirtuozeria albo nieprzyjemna cisza. Jest też uniesienie wspólnego grania, szaleństwo improwizacji, ćwiczenie gam. Tak jak tam, w mieście, tak i tu mamy zjednoczoną Europę, konflikty międzykulturowe, niekończącą się kłótnie kobiety z mężczyzną. Miniaturowa arena problemów to rynek, kościół lub lokalny sklep. Nie ma abstrakcyjnych pojęć, są konkrety: handlowanie z Ruskiem, pijany mąż w barze, po którego przychodzi co wieczór żona, otwarta granica na styku trzech narodów: Słowaków, Ukraińców i Polaków.
 
Nie ma tu mowy o estetyzowaniu, wydaje się wręcz, że literatura celowo obrzydza pejzaże. Pełno tu błota, rozsypujących się domów i zatęchłych piwnic. Nie udaje się pokolorowanie rzeczywistości, zaraz wychodzi z niej szara breja ludzkich problemów. Tak podobnych do tych miejskich: zdrady, kłótnie, nieszczęśliwe miłości. Jednak w takiej soczewce świata trzeba zawsze uporządkować lub chociaż ogarnąć breję. W innym przypadku może się zamienić w lawinę tragedii, której nie będzie można opanować. Jeśli w małej wsi pokłóci się dwóch sąsiadów, to obaj wyjdą na tym źle, ponieważ są od siebie zależni w różnych sprawach. Jeśli w małym miasteczku nie poukłada się stosunków między różnymi kulturami, to skończy się to tragedią, którą nie raz przyniosła nam historia.
metamedialność społeczności lokalnych przedstawianych przez Stasiuka czy Tokarczuk jest dekoderem ludzkich zachowań, procesów społecznych czy politycznych. Literatura jest tu jako medium – przekazywanie- dziwnego splotu rzeczywistości dnia codziennego i magii powszedniości"
 
Tak myślałam w 2004 roku. Teraz myślę tylko o Mieście, Maszynie i Masie kłopotów z tego wynikających.
Komentarze (7)
4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
Najnowsze wpisy
2010-03-21 06:27 Trąbię więc jestem
2010-03-20 05:50 Szalone małpy i jazz
2010-03-19 03:56 Kino, kawiarnia i spacer
2010-03-18 06:02 Hi, I’m from Bollywood…
2010-03-17 05:04 Czy tu naprawdę mieszkają tygrysy?
Najnowsze komentarze
2010-03-21 19:41
olencja:
Trąbię więc jestem
A tam nie ma takiego ustrojstwa jak "korki do uszu"? Jak spałam w Hiszpanii w hotelu z barem na[...]
2010-03-21 13:38
Sylwia Chutnik:
Trąbię więc jestem
Chyba sobie po poworice ustawię dzwonek klaksonowy na komórkę, bo może mi brakowac tego[...]
2010-03-21 13:37
Sylwia Chutnik:
Mumbai calling
O matko, co to za moda?:) Może to jest odpowiedź Polek na beznadziejną pogodę w kraju? Może to[...]

Sylwia Chutnik on Facebook