Panie, weź się pan przesuń trochę. Rozwalony jak król na tym siedzeniu, a tłok w autobusie i nie ma gdzie siatek postawić. O, i jeszcze udaje, że nie słyszy. Głuchyś? No mówię, posuń się.

Widziała pani? Gruba baba zwróciła się do współpasażerki wyraźnie szukając sprzymierzeńców. Bo to się trzeba jednoczyć przeciwko chamstwu i znieczulicy społecznej w komunikacji miejskiej. Nie może tak być, że siedzi jeden z drugim, a ludzie bez nóg, inwalidzi wojenni i kobity przy nadziei będą posapywać nad głową.
A ten tu czyta zadowolony, nogi rozkraczył i zatopiony w lekturze. A co on tam czyta? „Przegląd Sportowy”. Takiś sportowiec, to może z łaski swej postoisz sobie, co? Będzie zdrowiej.
Halina była niezbyt zorientowana w całej tej awanturze, bo miała słuchawki na uszach i wyobrażała sobie właśnie, że występuje na koncercie. To grała na basie, to znowu darła się do mikrofonu. Przez chwilę była tubą przenoszącą najważniejsze myśli, ubrane w zgrabne słowa. Stała na scenie, a przed sobą miała tłum falujący przy każdym nowym dźwięku. Jesteśmy razem, myślimy tak samo, nikt nas nie pokona. Halina mrużyła w myślach oczy przed jasnymi reflektorami omiatającymi snopami światła parujące głowy pogrążone w transie. Czuła, że to jej najlepszy występ, na serio, lepszego nie było. „Jesteście wspaniali”, krzyczała machając jednocześnie ręką do fanów.
Z zamyślenia wyrwała ją coraz bardziej rozkręcająca się awantura. Autobus wyglądał, jakby miał zaraz pęknąć na pół.
Gruba baba szalała. Miotała przekleństwami i napierała siatami na coraz bardziej rozwścieczonego faceta młócącego powietrze gazetą. Wydawało się, że to jakaś ostateczna walka na lasery w wersji dla biedaków. Trzask, prask: papier przeciwko plastikowi. Zdaje się, że do placu Zamkowego nikt nie dojedzie cały, chyba że wejdzie kanar i niczym Lord Vader wycharcze „kontrola”. Nikt jednak nie przerywał bitwy i tylko słychać było wnerwiony falset baby:
„Przecież tu w ciąży stoi pani, w ciąży! Z nienarodzonym dzieckiem, czy pan wie, jakie to niebezpieczne chodzić z nienarodzonym dzieckiem?!”
A tłum za nią mruczy „ustąpić, ciąża, chamstwo, jeszcze kierowca zahamuje i będzie nieszczęście”.
Halina zorientowała się, że chodzi o nią. Siódmy miesiąc uwypuklał się pod starą koszulką i naprawdę nie dało się już tego ukryć. Zdjęła słuchawki i próbowała wsłuchać się w całą awanturę, ale nagle ktoś pociągnął ją za rękę i usadził wprost na kolanach faceta z gazetą.
Masz pan, za karę- ustąpić nie chciałeś, to będziesz na sobie wiózł matkę i dziecko i naszą przyszłość, a odezwij się pan jeszcze, to gęby nie poznasz za chwilę.
Baba z siatami wydala triumfalny okrzyk i zadowolona z dobrze wypełnionej misji wyszła z godnością na przystanek przy Miodowej.
Halina próbowała wstać z siedzenia, ale zaklinowała się nieszczęśliwie między kolanami faceta, a oparciem przeciwległego fotela. Miotała się niemrawo gubiąc z torby długopisy i chusteczki do nosa. Facet próbował jej pomóc, ale miał naprawdę ograniczone ruchy, więc machał tylko rękoma bezradnie patrząc na ludzi, którzy nagle stracili zainteresowanie całą sytuacją. Właściwie czuli się jacyś tacy oszukani, że tyle hałasu o jedną dziewczynę, co to sama się mogła upomnieć o siedzenie, a nie teraz jeszcze chce wstać.
Siedzieć ma gdzie, to niech już tam siedzi, a nie się wyrywa, no ale to w ciąży to burza hormonów, kobita nie wie sama, co chce, raz ogórki, raz Ptasie Mleczko, a ten mąż tak lata w te i we wte biedak i tylko masuje stopy i plecy, plecy i stopy i do apteki po rozkurczowe. A słyszała pani, że oni teraz rodzą z żonami? Jak to, chłopy na porodówce? Ano tak i podobno jak go nie będzie przy porodzie, to nawet baba może się z nim rozwieść i każdy sąd przyzna rację, że nie dopełnił obowiązku i był złym ojcem. Matko święta, no to jeszcze tego brakowało, no szkoda, że zamiast niej on tam sam nie rodzi. Chryste, to się teraz dzieje, te kobity już same nie wiedzą, co wymyślać, te wariatki w telewizji gadają to tylko człowiek szuka nerwowo pilota i to już lepiej na przyrodnicze filmy przełączać.
Przyrodnicze filmy, o to dobre są. Najlepiej takie o drapieżnikach, które się atakują. Jak one się atakują, mój boże, potem jedzą padlinę, aż miło.
Tymczasem Halinie udało się wyswobodzić z przymusowego siedzenia. Poprawiła koszulkę i wyskoczyła na Plac Krasińskich niemal w biegu. „Powinnam jechać rowerem, w autobusach dom wariatów”, pomyślała i skręciła w stronę Starego Miasta.
cdn