iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Wierzę Anecie K.!

W 2008 roku, tuż przed rozpoczęciem procesu, nosiłyśmy znaczki z takim właśnie napisem. Fundacja Feminoteka, która od początku wspierała panią Krawczyk i monitorowała sprawę, zorganizowała konferencję dotyczącą mobbingu i molestowania seksualnego w miejscu pracy. Znaczki były rozdawane, ale na początku nikt nie chciał ich nosić. Nikt nie wierzył Anecie.

No bo jak to tak, praca za seks? A ojciec dziecka to w końcu kto?
 
Tak, praca za seks, bo takie są związki między władzą, a jej nadużyciem.
11 lutego Aneta Krawczyk wygrała. Dwóch dziadów zostało skazanych i oby to nauczyło nasze społeczeństwo, że wykorzystywanie seksualne to nie obyczajówka, to nie wstrętny rechot o zgwałceniu prostytutki.
Oby wyrok ukrócił kiepskie teksty w stylu "sama tego chciała".
 
Łatwo jest teraz "uwierzyć Anecie K.". Nie zapominajmy jednak, co o niej mówiliśmy/łyśmy wtedy, kiedy potrzebne jej było najwieksze wsparcie..
 
                                           
 
Nie istnieje Wyższa Szkoła Autorytetów ani specjalny chromosom „A”. Nie rodzimy się bohaterami i nie możemy zaplanować swojej kariery Wielkiego Moralnego Autorytetu (choćby Piesiewicz...).
Jeśli już jakiś Ważny Glos się pojawia, to zwykle przez pół życia jest niezauważony i kiedy jest już w wieku statystycznego członka starszyzny plemiennej, to dostępuje zaszczytu zrobienia mu kilku zdjęć na tle regału z książkami.
Istnieje więc różnica między wyrocznią moralną i naukową, a bohaterem. Ten ostatni zwykle musi dokonać spektakularnego czynu, najlepiej nagłośnionego w mediach.
Stanowi inspirację, podobnie jak tradycyjnie rozumiany autorytet i tym samym daje poczucie bezpieczeństwa. Że jednak można postąpić właściwie, że i ja również mogę tak zrobić.
O wiele częściej to mężczyźni są autorytetami i bohaterami do podziwiania. Nie muszą być wtedy krystalicznie czyści, ich grzeszki dodają im wręcz sznytu; charakteru. No bo co to za chłop, który sobie nie popije. Co to za chłop co ma słabośc do kobitek.
Natomiast kobiety bohaterki muszą być idealne. Jak Emilia Plater to piękna, jak Agata Mróz to rodząca dziecko mimo choroby.
Tymczasem to, co dwuznaczne, nieostre potrafi być bardziej inspirujące i twórcze. Nie można się tego bać.
Czas świętych obrazków minął- sa atrakcyjne, ale nie koniecznie napełnione treścią (dobra, religijną tak, ale co z niewierzącymi?)
 
Bohaterką życia codziennego jest właśnie Aneta Krawczyk. Odważna kobieta, która poświęciła siebie i swoja rodzinę, aby publicznie napiętnować stary jak świat proceder mieszania seksu i polityki.
Oto samotna matka trójki dzieci zatrudnia się u znanego polityka- rodzice się cieszą, łojezusmaria, u samego Leppera!- kasa mizerna, ale stała. Nagle okazuje się, ze wielbiony pan i zbawca polskich rolników jest zwykłym oblechem, który wraz ze swoimi kolegami wykorzystuje hierarchię i władzę, aby zaliczyć atrakcyjną sekretarkę. Przez jakiś czas udaje mu się utrzymać zaklęty krąg seksualnej dominacji i możliwości pracy. Kiedy jego podwładna, Aneta, decyduje się na upublicznienie tego układu, zostaje uznana za kurwę. Za zboczoną kobietę, która „sama tego chciała”.
 
Ale Aneta wie, że musi przetrwać burzę i zamieszanie wokół siebie, aby odzyskać swoją godność: kobiety, pracownicy, obywatelki. Wszyscy, którzy mają jakikolwiek kontakt z nią oskarżani są o niewłaściwe towarzystwo. Jakby weszli do burdelu.
Kobieta zawsze jest winna, tym bardziej w tej sprawie. Mężczyźni, wiadomo, mają chuć i mają władzę. Kobiety przymuszane do pracy za seks są tylko nędznymi ofiarami.
 
A ja podziwiam Anetę Krawczyk i wiem, że same przyznanie się do tego sprowadza na mnie pogardliwe komentarze.
No bo co to za  bohaterka: puszczalska.
No bo co to za autorytet. Przecież w kraju Bartoszewskiego mamy, dziewczyno.
Nagle wszyscy dysponują moralnością kupioną na przecenie, oceniają, wydają sądy, podkreślają, że oni pracę maja za umiejętności nie za dawanie ciała.
 
Aneta twardo walczyła o sprawiedliwość, chociaż kosztowało ją to przyznanie się do uprawiania seksu w zamian za możliwość utrzymania swojej rodziny.
Nie znaczy to, że jest autorytetem typu regał z książkami, cytat w gazecie. To raczej  „bohaterka życia codziennego”, którą poznajemy przez media, śledzimy jej poczynania na dolnym pasku w telewizorze, a na jej temat dyskutujemy we wpisach na forum. Niczym w antycznych zawodach sportowych: tłum krzyczy „giń” lub „zwyciężaj”. I tłum decyduje.
Wczoraj zdecydował sąd. Wreszcie!
 
Podobnymi bohaterkami są dla mnie Bożena Łopacka, była pracownica, która wytoczyła proces sieci dyskontów Biedronka (i wygrała!) czy Alicja Tysiąc, której zabroniono przeprowadzić aborcję ze względu na zły stan zdrowia (wygrała! oh yeah!).
 
Większość tych spraw jest niejednoznacznych, a ujawnienie ich spowodowało ogólnonarodową debatę. Dla mnie jest to jeden z ważniejszych powodów, dla których bohaterowie powinni nas zmuszać do myślenia.
To już nie Superman lecący w pelerynce uratować świat- to kontrowersja, sprzeczności i gorące emocje.
 
A na koniec naprawdę ciarki przechodzą po plecach., o tu .Nagranie tuż po pamiętnej konferencji Leppera.

Z Feminoteki kolejny tekst tutaj.

Komentarze (38)
Nowy Jork- Warszawa, godzina 10.55

Cały tydzień wokół książki. Mądrzenie się, wkurzanie, marznięcie przy kręceniu filmów promujących. Odpowiadanie na pytania: a czemu ta ksiązka taka smutna, a wstrząsająca, a dla kogo to jest pisane, proszę paniom? Bo my tu z pracy tacy zmęczeni przychodzimy, tacy znękani współczesnym światem i byśmy chcieli wypocząć przy pokrzepiającej Wielkiej Powieści Epickiej.

Nie można pisać i jednocześnie być wściekłą na ewentualnych czytelników/czki. Dobrze, że ja już napisałam i mogę być wściekła bez wyrzutów sumienia. Pani Monika Małkowska powiedziała, że powieść jak Nina Hagen i Janis Joplin. Nie wiedziałam, że w wieku trzydziestu lat poczuję się bardziej wkurzona niż mając lat piętnaście.
Literatura dobrze robi na cerę i odmładza!
 
Tymczasem w radiu leci Red Hot Chilli Peppers i „California rest in peace”, na przecenie kupiłam dwa albumy o Nowym Jorku (z jeden z tekstem Głowackiego, drugi Bakuły o freakach). Słucham Jay Z i Alicią Keys i razem z nimi przed telewizorem: “one hand in the air for the big city” i zaraz potem „these streets will make you feel Brand New/  big lights will inspire you/ hear it for New York”.
 
Przygotowuję się do wyjazdu na stypendium do Mumbaju i czytam, że „w mieście tym mieszka 17 mln mieszkańców i jest szóstą co do liczby mieszkańców metropolią na świecie”. A zatem wielkie miasta w kółko, smog, syf, brud i hałas. I nie ma niczego lepszego. Nie mogłabym żyć w przyrodzie, chociaż wczoraj byłam na Avatarze, i wiem, że powinnam się modlić do drzewa. Ja się modlę do bloków z wielkiej płyty, które promieniują rakotwórczymi substancjami zapełniając tym samym szpitale onkologiczne. Modlę się do korków na ulicach, klaksonów i taksówkarzy, którzy bez kierunkowskazów pędzą slalomem z Mokotowa na Bielany w pięć minut. W pięć minut! To jest wypalenie papierosa.
 
Jak jeszcze miałam takiego bliskiego kolegę z gór, to się z nim kłóciłam o miasto. On mówił, że halny, ja że dym z elektrociepłowni. On, że wspinamy się szlakami, ja że kolejki do supermarketu. I tak dalej, spór nierozstrzygnięty o wyższości zmęczenia lataniem po mieście, a chodzeniem po górach. Teraz to nie ma znaczenia.
 
Jeszcze zanim poleciałam do NY to już podejrzewałam, że chcę tam mieszkać. Gdyby nie rozliczne pępowiny warszawskie, to bym teraz pisała z jakiegoś wi-fi w kafejce na Manhattanie (albo w slumsie, w domku z kartonu, nieważne).
 
I ten Nowy Jork, proszę państwa, taki duży. Normalnie tam są wszyscy, już przyjechali i zajęli swoje świątynie, swoje uliczki, swoje małe sklepiki prowadzone w linii: ojciec- syn- matka-córka. Babcia na zapleczu robi księgowość.
 
                                  
         Ja z moją siostrą przyrodnią Abigail, ale to było dawno, bo    Abi ma teraz 10 lat, a ja nie mam dreadów do pasa.
 
These streets will make you feel Brand New- że możesz tam się wybrać i stać się kimkolwiek oraz się zrealizować, na ten przykład bierzesz do ręki darmowe magazyny i czytasz ogłoszenia, że kabała w weekend, joga w godzinę i język chiński natychmiast. Możesz nabrać nowych umiejętności, zmienić się, zmienić narodowość, wszystko zależy od ciebie.
 
                                 
W nieistniejącym już klubie CBGB's. Nawet tam się zamyka fajne miejsca.
 
 
I to jest kuszące, stąd takie ilości niesamowitych ludzi na ulicach, gdzie z jednej strony mała galeria pokazująca wystawę szablonów ulicznych, zaraz koleś w garniaku się spieszy na giełdę, a na końcu muzułmanin rozkłada się z dywanikiem, bo właśnie czas na modlenie się.
A teraz pytanie: czy w Warszawie też tak można?
Komentarze (17)
Kiedy za dużo znaczy źle

Kończy się Tydzień Glorii i Chwały w moim wykonaniu. W poniedziałek odebrałam stypendium z rąk ministra kultury, we wtorek Społecznego Nobla w Sejmie. W trakcie brałam udział w debacie na temat sytuacji kobiet z minister Kluzik Rostkowską oraz przekazałam rekomendacje rządowi polskiemu w kwestii nieodpłatnej pracy domowej. Gdybym grała w serialu, to na pewno obrazkiem wieńczącym dzień byłaby kobieta w szlafroku popijająca czerwone wino i patrząca przez balkonowe okno na panoramę Warszawy. Jednakowoż rzecz dzieje się w życiu, co do telenoweli ma daleko, i wieczorem to ja padam jak kłoda.

Aby nie wyjść na męczennicę narodu chciałam napisać o pewnym osłodzeniu mego tyrania. Zakupach w księgarni. Dostałam stypendium na przewodnik, a w ramach moich wydatków jest też zdobywanie wspaniałych książek. Zatem wziuu do księgologów i dalejże nurzać się w rozkoszy. To może to, może jeszcze tamto, och, tutaj taka biografia, przyda się, niewątpliwie. A stos rośnie. Biedny Zbyszek musiał nieść to w specjalnym pudle i prawie dostał zawału (następne obłowienia przez net z dostawą kurierską, zdecydowanie). Ułożyłam te skarby pachnące, piękne albumy do wytarzania się i omdlenia. Patrzę na nie, przeglądam strony.
I nagle ogarnęło mnie uczucie przesytu.
Za dużo.
Osaczenie literowe.
Co ja zrobiłam!
 
               
                                   Źródło: www.ukcrawler.co.uk
 
Kiedy ja to przeczytam, a przecież muszę przeczytać, no bo dla ozdoby nie kupiłam, muszę pisać. A jak się chce pisać, to trzeba dużo czytać.
Aaaaa.
Słuszność miała Marto Dzido w opowiadaniu „Dwie litery” z antologii „Wolałbym nie”. Cytuję dużo, bo się tak właśnie czasem czuję:
 
Pokój, w którym na podłodze leży Marta i udaje, że umarła,
przypomina ciasną bibliotekę. Marta nienawidzi tych wszystkich
zadrukowanych stron piętrzących się nad jej głową. Dla
Marty kontrowersyjnym tematem są książki. Budziły one
w niej rozmaite uczucia: wzruszenie, pożądanie, ciekawość,
zazdrość. Ostatnio budzą strach. Poziom lęku przed pisaniem,
który odczuwa Marta, jest zbyt wysoki. Można by to
fachowo nazwać „literaturofobią”.
I leczyć.
Marta nie tylko przestała pisać. Przestała również czytać.
Jedyne, co Marcie dobrze wychodzi, to udawanie, że nie
żyje, i planowanie, jak pozbyć się z mieszkania wszystkich
tych książek.
Oddać, sprzedać, spalić — myśli Marta i planuje przestać
być wreszcie młodą pisarką i zostać kimś innym. Na przykład handlowcem. Albo podpalaczem.
 
 
Dobrze, bez histerii. Nadal dużo piszę. Ale im więcej nasze mieszkanie przypomina fototapetę z książek, tym bardziej presja rośnie. Że ja też mam zapełnić niejeden pokój w cudzym domu. Też mam się prężyć grzbietem.
Patrzę na te swoje nowe książki, powoli je oswajam. Moja Lusia właśnie nauczyła się dawać łapkę, to i książki się kiedyś nauczył. Z czasem wprowadzę dla nich komendę: waruj, na miejsce! Wyjdź!
Komentarze (14)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze wpisy
2010-03-19 03:56 Kino, kawiarnia i spacer
2010-03-18 06:02 Hi, I’m from Bollywood…
2010-03-17 05:04 Czy tu naprawdę mieszkają tygrysy?
2010-03-16 06:24 Muzyka i jedzenie, najważniejsze
2010-03-15 07:03 Jestem!
Najnowsze komentarze
2010-03-19 13:45
olencja:
Czy tu naprawdę mieszkają tygrysy?
Ja poproszę pobierz tygrysa i dostarcz mi na Jeleń! ściskam chłodno bo przesz i tak Ci gorąco:)[...]
2010-03-19 08:11
bodeta:
Hi, I’m from Bollywood…
O i zdjęcia się pojawiły...
2010-03-19 01:15
misis kąstansja:
Hi, I’m from Bollywood…
Ty czika, dawaj do boliłudu, wiesz jak ci staszewa będzie zazdrościć??? a jakby co to przecież[...]

Sylwia Chutnik on Facebook