iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Cwaniary część 4

I już są chłopcy gotowi do reperowania samochodu. Do grzebania w silniku, wjeżdżania pod podwozie i wysmarowania sobie paznokci lepkim smarem. Wszystko to w imię rycerstwa i pomocy bliźnim, gdyż w tych trudnych czasach, co tu dużo ukrywać, człowiek człowiekowi, a zresztą, wystarczy spojrzeć, co się dzieje naokoło. Także my z kolegą uczciwie przestrzegamy: zrobimy, co w naszej mocy, aby panie sobie spokojnie, bez nerwów, pojechały na te kobiece porody. Jak będzie trzeba, to i dopchamy wóz pod szpital. A co! Proszę spojrzeć na nasze mięśnie.

Łysy wygiął się w paragraf, naprężył biceps i z radością stuknął w niego drugą dłonią. Jaki twardy, jaki mocny, na tym oto bicepsie można by posadzić całą rodzinę z ciotką i stryjem. A ten z długimi włosami niewiele myśląc podciągnął nogawkę, gdzie ukazały się żylaste mapy. I ja też, mówił, ja też daję radę.
 
No, to gdzie ten samochód?
A tu, za rogiem.
No to chodźmy.
No to poszli.
 
Ledwo skręcili w Czynszową posypały się pierwsze ciosy. Celina rzuciła tylko „bierz tego z długimi”, a sama zaczęła tłuc łysego. Bach, bach, po twarzy, po jajach, po brzuchu. Za wszystko, co macie w głowach, za wszystko, co chcielibyście z nami zrobić i jeszcze za to, że jesteście. I już wy dobrze wiecie, kim jesteśmy my, przedstawianie się w takiej sytuacji byłoby niepotrzebną kurtuazją. Zastanówcie się jeszcze, jak sobie nas zapamiętać. I jak się modlić, aby nigdy więcej nie napatoczyć się na nas na ulicy. I że nigdy, przenigdy nie pokazywać nam siebie, bo to nas wprawia w zły nastrój i wtedy może być tak- lojalnie przestrzegamy- że ktoś pożegna się ze światem w sposób natychmiastowy.
 
Ten pierwszy już leży, z ust ciurka krew. Stara się poderwać, ale co chwila dostaje nowe kopniaki. Tymczasem Halina walczy metalową pałką- na indywidualne ciosy nie mogłaby sobie pozwolić, ponieważ przeszkadzałby jej ogromny brzuch.
 
I tak leniwie płynął dzień, przechodnie cofali się do bram, a chodnik pokrywał się wybitymi zębami.
 
Lecz nagle ten żylasty, ten niby taki zasuszony przed ekranem komputera gra w gry skomplikowane, ale jak nie machnie, jak nie świśnie. W ręku zabłyszczał nóż wydobyty z trudem zza paska. Niedobrze, Halina słabła, w końcu taka gimnastyka dobra, ale nie na szkołę rodzenia, kręgosłup rwał, a w oczach powoli wirowały plamki. Dostała pierwszy raz w ramię. Potem nóż przejechał wzdłuż dłoni. Przemknęło jej przez głowę, że to wszystko nie było dobrym pomysłem. Co teraz będzie, co się stanie. Musi koniecznie uciekać, nie ma wyboru, ale coś kazało jej natychmiast się ratować. W sekundę zganiła się w myślach, że nie zostawi przecież koleżanki. To niehonorowe. Tymczasem drugi koleś został unieruchomiony na chodniku i Celina widząc, co się dzieje obok, podbiegła do pomocy. We dwie poszło szybciej i już za chwilę można było kłusować do Solidarności i wskoczyć w przejeżdżający autobus.
 
Dyszenie, tętno wysokie, pot oblewający twarz, rozmazujący tusz do rzęs. Cholera, piszą na opakowaniu, że wodoodporny, a gówno tam, piecze w oczy. Piecze mocno, wypala od środka, wypala myśli. Jest tylko oddech, który powoli się uspokaja.
 
 
Jest też tłum pasażerów, który w milczeniu patrzy się na dwie dziewczyny, z których jedna zasłania sobie brzuch zakrwawioną ręką, z której kapie na podłogę jak z odkręconego kranu. Cisza na morzu, cisza w kościele i jeszcze ta specyficzna cisza gawiedzi, która jest czymś zaszokowana, ale nie wie, co o tym wszystkim myśleć. I ta cisza zaraz się skończy, ale na razie ludzie patrzą się przerażeni po sobie szukając rozwiązania. Szukając swojego zdania.
 
Wreszcie jeden chłopak podchodzi nieśmiało.
Bo chyba panie powinny usiąść.
 
I panie usiadły bez słowa. Obserwowały samochody za szybą, obserwowały misie przy ZOO, konary drzew i za chwilę migoczącą wodę pod mostem. Nie patrzyły jednak na siebie, nie rozmawiały ze sobą. Czuły zwyczajnie, że choć kolesie dostali równo, to coś w tej akcji było nie tak.
Halina bała się przyznać przed sobą, że nie powinna już się bić. Celina bała się powiedzieć tego samego koleżance, żeby ta nie pomyślała, że tu śmierdzi dyskryminacją ze względu na brzuch. Podała jej chusteczki do czyszczenia i wodę.
 
Warszawa powoli stawała się ciemna, rozpalała pierwsze latarnie i zapraszała do coraz liczniejszych ogródków kawiarnianych. Kochani mieszkańcy, czas na luz, odpoczynek, czas na relaks.
Jedźmy do knajpy, rzuciła Celina i objęła ramieniem krwawiącą koleżankę.
 
Komentarze (12)
Cwaniary część 3

Noże, kastety, siekiery i kije. Paralizatory, proce, rurki i scyzoryki. Pięści, podkute buty, twarde czoło. Ile razy się tego używało, ile razy po udanej akcji polerowało, opatrywało, czyściło. Zaraz wszystkie te skarby zastąpią śpioszki, koszulki, czapeczki i smoczki, ale póki co można poszaleć.

Powoli przeturlała się przez Kanonie automatycznie dotykając wielkiego dzwona- niby na szczęście, na dotyk wszystkiego najlepszego. Pomyślała sobie o swoim mieszkaniu, o parzącym słońcu i jeszcze o tym, że bardzo by chciała teraz odpoczywać wylegując się jak kot. Przecięła dziedziniec Zamku omijając slalomem wycieczkę pstrykającą zdjęcia powietrzu, chmurom i temu dziwnemu zapachowi luksusowych hoteli położonych w centrum miasta.
 
Jeżdżą ci ludzie wszędzie, rozłażą się jak prusaki po kątach i jeszcze by sobie ten all inclusive wykupili, a jeszcze taką mapkę po kieszeniach wymięli. I dalej rozsiadać się po lokalach, dziwić ziemniakom z mizerią. Och, jaka to ciekawa potrawa, a to zielone? Koperek? Czy to rodzaj mięsa? To jest takie, to wszystko jest takie typowo polskie, ci Polacy gotują koperek na wódce. To podobno pomaga żyć.
 
Wódka. Tego by było trzeba. Do niedawna przed każdą akcją Halina wypijała sobie setkę bez popity. Wykrzywiała tylko kąciki ust i ocierała krople wierzchem dłoni. Mrużyła oczy i od razu umysł robił się jaśniejszy. Ręce szybciej biły, nogi szybciej uciekały. Słowem: jak na siłowni.
Przez całą drogę tramwajem wyobrażała sobie, że pije malutki- no naprawdę malutki, przecież wie, że nie można- kieliszeczek. Ostatni przed porodem, obiecuje, żadna tam z niej pato-matka.
 
Umoczenie ust, wypłukanie kropelki i poczucie jej między zębami, na podniebieniu- czy to grzech? Patrzyła na Wisłę i wyobrażała sobie, że zamiast wody płynie tam alkohol, fale robi z alkoholu, a Syrenka na pomniku ma zamiast miecza butelkę. Słabo jej się zrobiło, może przez upał, może przez te emocje, przez wyobraźnię. Delikatna bryza smogu osiadła na jej twarzy, zawiała do uszu warszawską modlitwę „zdrowaś, cwaniaro, łaskiś pełna, dasz radę. Błogosławionaś ty między samochodami, między tramwajami, a siła twojej pięści wielka”.
 
       
 
Wysiadła przy Inżynierskiej i niemal biegiem rzuciła się do sklepu. Ćwiarteczkę, kierowniczko, wysapała.
Ale, co też pani, w ciąży matkom nie podajemy.
Nie, nie, to dla chorej babci, bo jej się noga paprze po żylakach i to trzeba spirytusem smarować dwa razy dziennie, bo inaczej opuchlizna i świeżb. Także to tak tylko, nie dla mnie, absolutnie.
 
I już, niemal na schodach, z buteleczki chlup, i krew zaczęła inaczej krążyć, inaczej myśli się uczesały, a wzrok taki sokoli jakby, lepszy.
Sprzedawczyni wychyliła się zza lady i pokiwała głową. Cywilizacja śmierci, zagłada. To już nas, Polaków, koniec.
 
Halina spojrzała na zegarek i przyspieszyła kroku. Po wódce wszystko wydało się milsze, tylko brzuch kopał od wewnątrz, domagał się powietrza, może jakiegoś relaksacyjnego masażu czy muzyki klasycznej w pozycji lotosu. Nadaremno.
 
Na Stalowej, niedaleko baru, stała już Celina i nerwowo paliła papierosa. Na widok koleżanki splunęła tylko i wycedziła przez zęby „już później to przyjść królowa nie mogła, już się tu doturlać za trudno na umówioną godzinę, co?”
 
Czasu nie było na kontynuowanie tak mile zaczętej pogawędki, bo zza rogu wyszło dwóch napompowanych facetów o twarzach rzeźbionych kretynizmem. Jeden miał łysą głowę i złamany nos, drugi- dla odmiany- długie włosy związane z kitkę. Zamiast nosa okulary, czym przypominał trochę studenta fizyki, którego najlepszym przyjacielem jest komputer. Ale w barach to już był niczym posąg, w barach to już nie było śladu po programowaniu i obliczeniach matematycznych. To były dwa kolosy zakończone łapami jak bochny chleba.
 
Pierwsza zagrodziła im drogę Celina.
Panowie, oj, my tu z koleżanka potrzebujemy pilnej pomocy, gdyż zepsuł nam się samochód, a spieszymy się na poród.
Ten łysy zmierzył wzrokiem dziewczynę, zatrzymał się w okolicy biustu i po pozytywnej ocenie sytuacji poprawił dumnie koszulkę z jakimś zespołem pisanym gotykiem. Wokół nazwy zamieszczono wiele symboli, o których mówi się, że pochodzą z kultury pogańskiej, nie są absolutnie faszystowskie i poza tym to tylko kolekcja militarna nie podpadająca pod paragraf. Zza rękawa wychylił się tatuaż swastyki.
No, to pomożemy szanownym paniom, czemu nie.
Komentarze (6)
Cwaniary część 2

Jaka to miła makieta. Kolorowa, ze zdobnymi fasadami, które pomalowano tuż po wojnie. Wydaje się, że to stare budynki, ale kiedy podejdziesz bliżej i dotkniesz cegieł będziesz już wiedzieć: dykta, sklejka, meblościanka. Pusto.

Bo z budynkami jest jak z ikonostasem: albo wokół krąży czarodziejska aura albo wszystko to podróba made in China. A na Starówce tylko bruk przy Brzozowej pachniał zawsze starością.
 
I kręcisz się wkoło, robisz zdjęcia, wsłuchujesz w znudzonych przewodników. A że po prawej stronie budynek z XVII wieku, a że dalej Zamek gotycki, ale nie za bardzo. Ze tu stało, tu było, ale się spaliło. Rozwalili, zburzyli, w powietrze wysadzili. Oni. A myśmy to, hej, wydźwignęli do góry z powrotem, nie będzie Niemiec i tak dalej, proszę tylko spojrzeć, jak nam to dobrze wyszło.
Nikt nie wierzy, że to sztuczne.
 
Halina przeszła szybko przez Rynek uśmiechając się mimowolnie do ulubionego rysunku Stryjeńskiej na rogu i skręciła na Górę Gnojną. Dobrze, że to wtorek, bo nie było dużego tłoku i tylko nieliczni turyści błąkali się z pomiętymi mapami. Minęła dom, w którym mieszkała Pola Gojawiczyńska. Pomyślała sobie, że sama mogłaby napisać nową wersję „Dziewcząt z Nowolipek”. Tylko, że żadna z nich nie nosiłaby halek, żadna z nich nie przeżywałaby podlotkowych romansów. Wszystkie by miały kredyty, kupony zniżkowe w portfelu i byłyby bezrobotnymi z dwoma fakultetami.
 
      
 
Zmęczona usiadła na jednej z nowo postawionych ławek i zapatrzyła się na Wisłę, która powróciła już do naturalnej wysokości.
 
W brzuchu poruszał się Franek. Pukał od wewnątrz, wywijał koziołki, a zaraz potem dostał czkawki. Napięta skóra falowała niesiona rozhuśtanymi wodami płodowymi.
Halina pogładziła się machinalnie po skaczącym bębenku i jednocześnie wystukała numer do Celiny.
 
- No cześć, no cześć. To gdzie się umawiamy? Jestem na Starym, ale mogę dojechać na Stalową, jeszcze się dobrze czuję. Okej, czyli kogo dziś robimy? Acha, tych dwóch kolesi. Będę za 15 minut.
 
Westchnęła i poprawiła w kieszeni nóż. Robota to robota, na relaks przyjdzie jeszcze czas.
Komentarze (15)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze wpisy
2010-08-30 18:43 Cwaniary część 13
2010-08-27 13:42 Cwaniary część 12
2010-08-19 18:50 Cwaniary część 11
2010-08-12 13:20 Cwaniary część 10
2010-08-08 12:04 Cwaniary część 9
Najnowsze komentarze
2010-09-02 13:56
Stała_Czytelniczka:
Cwaniary część 13
bardzo dziękuję za całe wakacje z Cwaniarami! aż szkoda, że to już koniec (i Cwaniar i[...]
2010-08-31 13:01
Moza.iki:
Cwaniary część 13
Urodzić mogę, ale żeby nie trzeba było w ciąży chodzić:)
2010-08-31 10:25
kantallupa:
Cwaniary część 13
szkoda, że już koniec... same końce dzisiaj, koniec cwaniar, koniec wakacji... o! i koniec[...]

Sylwia Chutnik on Facebook