iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Wiech w sądzie

Jak Wiech Wiechem śmiech będzie śmiechem. Publiczne czytanie jego felietonów, humoresek i relacji sądowych grozi kompromitacją i dziwnymi spojrzeniami. Człowiek się zaśmiewa, ryczy i mruczy pod nosem co lepsze fragmenty. W kolko, bo melodia języka Stefana Wiecheckiego przenosi nas w świat może i nigdy nie istniejący. Wiele osób zarzucała bowiem zbytnie ubarwianie lub wręcz wymyślanie gwary warszawskiej. I co z tego? Po to jest literatura, aby ubarwiać, naginać i wymyślać.

W naszych opowieściach, anegdotkach też więcej jest brawury i fałszu niż prawdy. Nikt w związku z tym nie marudzi, bo przyjemniej się tego słucha. Mój dziadek zawsze swoje opowieści tak podkręcał, że człowiek siedział z rozdziawioną buzią i słuchał, słuchał. Uszom nie wierzył ale już był w całej opowieści, już się emocjonował. I chociaż czasem wszystko to wyglądało na jedną wielką ściemę grubymi nićmi zszytą to i tak człowiek kręcił głową. Tak jest z Wiechem- nie wierzę ale czytam i zaraz chcę jechać do pana Piecyka w odwiedziny. 

 
Sam początek felietonów sprawia, że natychmiast chcemy znaleźć się w Warszawie, natychmiast chcemy- a co tam- trafić na salę sądową i posłuchać co też ciekawego zagnało ludzi do tego przybytku sprawiedliwości.
 
Choćby ten fragment: „ Warszawa to dziwne miasto. Niby milionowa metropolia z tysiącami aut, tętniąca wielkomiejskim życiem, a można na jej ulicach być napadniętym przez tak wielkie stworzenie jak świnia”
Nic więcej nie napiszę, dla podpowiedzi nakreślę: tom „Mąż za tysiąc złotych”, felieton „Woltyż na świni”.
 
Wszystkie teksty mające swoje źródło i inspirację w teatrze rozpraw sądowych ukazywały się w „Kurierze Czerwonym”. Na początku lat 30. Redaktor gazety,  Henryk Butkiewicz, zaproponował Wiecheckiemu prowadzenie stałej rubryki: sprawozdań sądowych. Otwarte procesy były ogromną atrakcją niemal do lat pięćdziesiątych. Gromadziły tłumy publiczności, traktującej wydarzenia na sali jako specyficzną formę rozrywki. Tak wspomina je sam Wiech:
 
„stylowy (...) warszawiak, postawiony przed karzące oblicze sprawiedliwości, starał się wywrzeć na sądzie jak najlepsze wrażenie. Nie mówię już o tym, że ubierano się do sądu starannie, a nawet wręcz elegancko. Panowie występowali niejednokrotnie w żółtych skórkowych rękawiczkach, panie w kapeluszach z kaczym skrzydłem. Ale też język, którego używano, był wykwintny, pełen wyszukanych zwrotów i prawniczych terminów. Zwracano się do sądu per „Wysoka Eksmisjo” czy „Wysoka Proceduro”. A raz, pamiętam, kiedy pewien adwokat powiedział w przemówieniu, że „sąd jest najwyższym ekspertem”, podchwycił to natychmiast oskarżony i zwrócił się do sędziego: „Najwyższa Ekspertyzo!” 
 
Nie doczekaliśmy się następcy Wiecha, chociaż język „mówiony”, uliczny i żywy przemycany jest w niektórych reportażach. Dzięki temu zostaje archiwizowany jeden z ważniejszych punktów tożsamości lokalnej.
 
Komentarze (1)
Kafle Pożegnanie
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |

Sylwia Chutnik on Facebook