Cały tydzień wokół książki. Mądrzenie się, wkurzanie, marznięcie przy kręceniu filmów promujących. Odpowiadanie na pytania: a czemu ta ksiązka taka smutna, a wstrząsająca, a dla kogo to jest pisane, proszę paniom? Bo my tu z pracy tacy zmęczeni przychodzimy, tacy znękani współczesnym światem i byśmy chcieli wypocząć przy pokrzepiającej Wielkiej Powieści Epickiej.
Nie można pisać i jednocześnie być wściekłą na ewentualnych czytelników/czki. Dobrze, że ja już napisałam i mogę być wściekła bez wyrzutów sumienia. Pani Monika Małkowska powiedziała, że powieść jak Nina Hagen i Janis Joplin. Nie wiedziałam, że w wieku trzydziestu lat poczuję się bardziej wkurzona niż mając lat piętnaście.
Literatura dobrze robi na cerę i odmładza!
Tymczasem w radiu leci Red Hot Chilli Peppers i „California rest in peace”, na przecenie kupiłam dwa albumy o Nowym Jorku (z jeden z tekstem Głowackiego, drugi Bakuły o freakach). Słucham Jay Z i Alicią Keys i razem z nimi przed telewizorem: “one hand in the air for the big city” i zaraz potem „these streets will make you feel Brand New/ big lights will inspire you/ hear it for New York”.
Przygotowuję się do wyjazdu na stypendium do Mumbaju i czytam, że „w mieście tym mieszka 17 mln mieszkańców i jest szóstą co do liczby mieszkańców metropolią na świecie”. A zatem wielkie miasta w kółko, smog, syf, brud i hałas. I nie ma niczego lepszego. Nie mogłabym żyć w przyrodzie, chociaż wczoraj byłam na Avatarze, i wiem, że powinnam się modlić do drzewa. Ja się modlę do bloków z wielkiej płyty, które promieniują rakotwórczymi substancjami zapełniając tym samym szpitale onkologiczne. Modlę się do korków na ulicach, klaksonów i taksówkarzy, którzy bez kierunkowskazów pędzą slalomem z Mokotowa na Bielany w pięć minut. W pięć minut! To jest wypalenie papierosa.
Jak jeszcze miałam takiego bliskiego kolegę z gór, to się z nim kłóciłam o miasto. On mówił, że halny, ja że dym z elektrociepłowni. On, że wspinamy się szlakami, ja że kolejki do supermarketu. I tak dalej, spór nierozstrzygnięty o wyższości zmęczenia lataniem po mieście, a chodzeniem po górach. Teraz to nie ma znaczenia.
Jeszcze zanim poleciałam do NY to już podejrzewałam, że chcę tam mieszkać. Gdyby nie rozliczne pępowiny warszawskie, to bym teraz pisała z jakiegoś wi-fi w kafejce na Manhattanie (albo w slumsie, w domku z kartonu, nieważne).
I ten Nowy Jork, proszę państwa, taki duży. Normalnie tam są wszyscy, już przyjechali i zajęli swoje świątynie, swoje uliczki, swoje małe sklepiki prowadzone w linii: ojciec- syn- matka-córka. Babcia na zapleczu robi księgowość.
Ja z moją siostrą przyrodnią Abigail, ale to było dawno, bo Abi ma teraz 10 lat, a ja nie mam dreadów do pasa.
These streets will make you feel Brand New- że możesz tam się wybrać i stać się kimkolwiek oraz się zrealizować, na ten przykład bierzesz do ręki darmowe magazyny i czytasz ogłoszenia, że kabała w weekend, joga w godzinę i język chiński natychmiast. Możesz nabrać nowych umiejętności, zmienić się, zmienić narodowość, wszystko zależy od ciebie.
W nieistniejącym już klubie CBGB's. Nawet tam się zamyka fajne miejsca.
I to jest kuszące, stąd takie ilości niesamowitych ludzi na ulicach, gdzie z jednej strony mała galeria pokazująca wystawę szablonów ulicznych, zaraz koleś w garniaku się spieszy na giełdę, a na końcu muzułmanin rozkłada się z dywanikiem, bo właśnie czas na modlenie się.
A teraz pytanie: czy w Warszawie też tak można?