iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Nowy Jork- Warszawa, godzina 10.55

Cały tydzień wokół książki. Mądrzenie się, wkurzanie, marznięcie przy kręceniu filmów promujących. Odpowiadanie na pytania: a czemu ta ksiązka taka smutna, a wstrząsająca, a dla kogo to jest pisane, proszę paniom? Bo my tu z pracy tacy zmęczeni przychodzimy, tacy znękani współczesnym światem i byśmy chcieli wypocząć przy pokrzepiającej Wielkiej Powieści Epickiej.

Nie można pisać i jednocześnie być wściekłą na ewentualnych czytelników/czki. Dobrze, że ja już napisałam i mogę być wściekła bez wyrzutów sumienia. Pani Monika Małkowska powiedziała, że powieść jak Nina Hagen i Janis Joplin. Nie wiedziałam, że w wieku trzydziestu lat poczuję się bardziej wkurzona niż mając lat piętnaście.
Literatura dobrze robi na cerę i odmładza!
 
Tymczasem w radiu leci Red Hot Chilli Peppers i „California rest in peace”, na przecenie kupiłam dwa albumy o Nowym Jorku (z jeden z tekstem Głowackiego, drugi Bakuły o freakach). Słucham Jay Z i Alicią Keys i razem z nimi przed telewizorem: “one hand in the air for the big city” i zaraz potem „these streets will make you feel Brand New/  big lights will inspire you/ hear it for New York”.
 
Przygotowuję się do wyjazdu na stypendium do Mumbaju i czytam, że „w mieście tym mieszka 17 mln mieszkańców i jest szóstą co do liczby mieszkańców metropolią na świecie”. A zatem wielkie miasta w kółko, smog, syf, brud i hałas. I nie ma niczego lepszego. Nie mogłabym żyć w przyrodzie, chociaż wczoraj byłam na Avatarze, i wiem, że powinnam się modlić do drzewa. Ja się modlę do bloków z wielkiej płyty, które promieniują rakotwórczymi substancjami zapełniając tym samym szpitale onkologiczne. Modlę się do korków na ulicach, klaksonów i taksówkarzy, którzy bez kierunkowskazów pędzą slalomem z Mokotowa na Bielany w pięć minut. W pięć minut! To jest wypalenie papierosa.
 
Jak jeszcze miałam takiego bliskiego kolegę z gór, to się z nim kłóciłam o miasto. On mówił, że halny, ja że dym z elektrociepłowni. On, że wspinamy się szlakami, ja że kolejki do supermarketu. I tak dalej, spór nierozstrzygnięty o wyższości zmęczenia lataniem po mieście, a chodzeniem po górach. Teraz to nie ma znaczenia.
 
Jeszcze zanim poleciałam do NY to już podejrzewałam, że chcę tam mieszkać. Gdyby nie rozliczne pępowiny warszawskie, to bym teraz pisała z jakiegoś wi-fi w kafejce na Manhattanie (albo w slumsie, w domku z kartonu, nieważne).
 
I ten Nowy Jork, proszę państwa, taki duży. Normalnie tam są wszyscy, już przyjechali i zajęli swoje świątynie, swoje uliczki, swoje małe sklepiki prowadzone w linii: ojciec- syn- matka-córka. Babcia na zapleczu robi księgowość.
 
                                  
         Ja z moją siostrą przyrodnią Abigail, ale to było dawno, bo    Abi ma teraz 10 lat, a ja nie mam dreadów do pasa.
 
These streets will make you feel Brand New- że możesz tam się wybrać i stać się kimkolwiek oraz się zrealizować, na ten przykład bierzesz do ręki darmowe magazyny i czytasz ogłoszenia, że kabała w weekend, joga w godzinę i język chiński natychmiast. Możesz nabrać nowych umiejętności, zmienić się, zmienić narodowość, wszystko zależy od ciebie.
 
                                 
W nieistniejącym już klubie CBGB's. Nawet tam się zamyka fajne miejsca.
 
 
I to jest kuszące, stąd takie ilości niesamowitych ludzi na ulicach, gdzie z jednej strony mała galeria pokazująca wystawę szablonów ulicznych, zaraz koleś w garniaku się spieszy na giełdę, a na końcu muzułmanin rozkłada się z dywanikiem, bo właśnie czas na modlenie się.
A teraz pytanie: czy w Warszawie też tak można?
Komentarze (7)
Kiedy za dużo znaczy źle

Kończy się Tydzień Glorii i Chwały w moim wykonaniu. W poniedziałek odebrałam stypendium z rąk ministra kultury, we wtorek Społecznego Nobla w Sejmie. W trakcie brałam udział w debacie na temat sytuacji kobiet z minister Kluzik Rostkowską oraz przekazałam rekomendacje rządowi polskiemu w kwestii nieodpłatnej pracy domowej. Gdybym grała w serialu, to na pewno obrazkiem wieńczącym dzień byłaby kobieta w szlafroku popijająca czerwone wino i patrząca przez balkonowe okno na panoramę Warszawy. Jednakowoż rzecz dzieje się w życiu, co do telenoweli ma daleko, i wieczorem to ja padam jak kłoda.

Aby nie wyjść na męczennicę narodu chciałam napisać o pewnym osłodzeniu mego tyrania. Zakupach w księgarni. Dostałam stypendium na przewodnik, a w ramach moich wydatków jest też zdobywanie wspaniałych książek. Zatem wziuu do księgologów i dalejże nurzać się w rozkoszy. To może to, może jeszcze tamto, och, tutaj taka biografia, przyda się, niewątpliwie. A stos rośnie. Biedny Zbyszek musiał nieść to w specjalnym pudle i prawie dostał zawału (następne obłowienia przez net z dostawą kurierską, zdecydowanie). Ułożyłam te skarby pachnące, piękne albumy do wytarzania się i omdlenia. Patrzę na nie, przeglądam strony.
I nagle ogarnęło mnie uczucie przesytu.
Za dużo.
Osaczenie literowe.
Co ja zrobiłam!
 
               
                                   Źródło: www.ukcrawler.co.uk
 
Kiedy ja to przeczytam, a przecież muszę przeczytać, no bo dla ozdoby nie kupiłam, muszę pisać. A jak się chce pisać, to trzeba dużo czytać.
Aaaaa.
Słuszność miała Marto Dzido w opowiadaniu „Dwie litery” z antologii „Wolałbym nie”. Cytuję dużo, bo się tak właśnie czasem czuję:
 
Pokój, w którym na podłodze leży Marta i udaje, że umarła,
przypomina ciasną bibliotekę. Marta nienawidzi tych wszystkich
zadrukowanych stron piętrzących się nad jej głową. Dla
Marty kontrowersyjnym tematem są książki. Budziły one
w niej rozmaite uczucia: wzruszenie, pożądanie, ciekawość,
zazdrość. Ostatnio budzą strach. Poziom lęku przed pisaniem,
który odczuwa Marta, jest zbyt wysoki. Można by to
fachowo nazwać „literaturofobią”.
I leczyć.
Marta nie tylko przestała pisać. Przestała również czytać.
Jedyne, co Marcie dobrze wychodzi, to udawanie, że nie
żyje, i planowanie, jak pozbyć się z mieszkania wszystkich
tych książek.
Oddać, sprzedać, spalić — myśli Marta i planuje przestać
być wreszcie młodą pisarką i zostać kimś innym. Na przykład handlowcem. Albo podpalaczem.
 
 
Dobrze, bez histerii. Nadal dużo piszę. Ale im więcej nasze mieszkanie przypomina fototapetę z książek, tym bardziej presja rośnie. Że ja też mam zapełnić niejeden pokój w cudzym domu. Też mam się prężyć grzbietem.
Patrzę na te swoje nowe książki, powoli je oswajam. Moja Lusia właśnie nauczyła się dawać łapkę, to i książki się kiedyś nauczył. Z czasem wprowadzę dla nich komendę: waruj, na miejsce! Wyjdź!
Komentarze (13)
Zima go home!

Dla wszystkich, ku pokrzepieniu, bo już nie wyrabiam.

Myślę sobie, że  ta zima musi minąć

Zazieleni się, urośnie kilka drzew

Niedojedzony chleb w ustach zdąży się rozpłynąć

A niedopity rum rozgrzeje jeszcze krew

("Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było" Voo Voo)

 

Komentarze (6)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze wpisy
2010-02-06 11:23 Nowy Jork- Warszawa, godzina 10.55
2010-01-30 17:38 Kiedy za dużo znaczy źle
2010-01-28 10:39 Zima go home!
2010-01-24 14:28 Praca domowa- to też praca
2010-01-22 10:46 Gospodynie domowe na Sejm!
Najnowsze komentarze
2010-02-08 22:46
aga murawska:
...czy wierzę w astrologię, chiromancje i horoskopy
wybacz, że nie na temat notki, lecz tak tylko entuzjastycznie zakrzykne w twoim kierunku -[...]
2010-02-08 12:57
maagdaa:
Nowy Jork- Warszawa, godzina 10.55
chyba jeszcze nie jest mozliwe, wiesz...Wyobrazasz sobie w wawie muzulmanina rozkladajacego[...]
2010-02-08 08:38
Sylwia Chutnik:
Nowy Jork- Warszawa, godzina 10.55
Dzięki, już się tam zgłosiliśmy:)

Sylwia Chutnik on Facebook