iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Pożegnanie
190 wpisów, prawie trzy lata pisania raz w tygodniu. Około 400 tysięcy wejść na bloga.
 
Dzisiaj chciałabym pożegnać się z wszystkimi zaglądającymi, komentującymi, podglądającymi i czytającymi. 
 
Było bardzo ciekawie, chociaż początkowo nie wyobrażałam sobie, co miałabym napisać w tym swoim elektronicznym pamiętniczku. Polityka, zwierzenia, ostatnio przeczytana książka, zjedzona zupa? Szukałam formy, czasami po prostu pisałam. Ostatnio narzuciłam sobie warszawski temat.
 
Zmagałam się ze złośliwymi komentarzami lub wzruszałam tymi pozytywnymi. Jakoś się udało.
 
Za wszystkie tygodnie serdecznie dziękuję i zapraszam do czytania moich tekstów w różnych innych miejscach. 
 
Zamierzam nadal pisać, pisać, codziennie, lepiej, gorzej ale zostawiać ślad.
 
Nie bać się tego, co sobie ludzie pomyślą. Ryzyko jest zawsze- ale warto mimo wszystko. 
 
 
Wszystkiego dobrego!
 
Komentarze (11)
Wiech w sądzie

Jak Wiech Wiechem śmiech będzie śmiechem. Publiczne czytanie jego felietonów, humoresek i relacji sądowych grozi kompromitacją i dziwnymi spojrzeniami. Człowiek się zaśmiewa, ryczy i mruczy pod nosem co lepsze fragmenty. W kolko, bo melodia języka Stefana Wiecheckiego przenosi nas w świat może i nigdy nie istniejący. Wiele osób zarzucała bowiem zbytnie ubarwianie lub wręcz wymyślanie gwary warszawskiej. I co z tego? Po to jest literatura, aby ubarwiać, naginać i wymyślać.

W naszych opowieściach, anegdotkach też więcej jest brawury i fałszu niż prawdy. Nikt w związku z tym nie marudzi, bo przyjemniej się tego słucha. Mój dziadek zawsze swoje opowieści tak podkręcał, że człowiek siedział z rozdziawioną buzią i słuchał, słuchał. Uszom nie wierzył ale już był w całej opowieści, już się emocjonował. I chociaż czasem wszystko to wyglądało na jedną wielką ściemę grubymi nićmi zszytą to i tak człowiek kręcił głową. Tak jest z Wiechem- nie wierzę ale czytam i zaraz chcę jechać do pana Piecyka w odwiedziny. 

 
Sam początek felietonów sprawia, że natychmiast chcemy znaleźć się w Warszawie, natychmiast chcemy- a co tam- trafić na salę sądową i posłuchać co też ciekawego zagnało ludzi do tego przybytku sprawiedliwości.
 
Choćby ten fragment: „ Warszawa to dziwne miasto. Niby milionowa metropolia z tysiącami aut, tętniąca wielkomiejskim życiem, a można na jej ulicach być napadniętym przez tak wielkie stworzenie jak świnia”
Nic więcej nie napiszę, dla podpowiedzi nakreślę: tom „Mąż za tysiąc złotych”, felieton „Woltyż na świni”.
 
Wszystkie teksty mające swoje źródło i inspirację w teatrze rozpraw sądowych ukazywały się w „Kurierze Czerwonym”. Na początku lat 30. Redaktor gazety,  Henryk Butkiewicz, zaproponował Wiecheckiemu prowadzenie stałej rubryki: sprawozdań sądowych. Otwarte procesy były ogromną atrakcją niemal do lat pięćdziesiątych. Gromadziły tłumy publiczności, traktującej wydarzenia na sali jako specyficzną formę rozrywki. Tak wspomina je sam Wiech:
 
„stylowy (...) warszawiak, postawiony przed karzące oblicze sprawiedliwości, starał się wywrzeć na sądzie jak najlepsze wrażenie. Nie mówię już o tym, że ubierano się do sądu starannie, a nawet wręcz elegancko. Panowie występowali niejednokrotnie w żółtych skórkowych rękawiczkach, panie w kapeluszach z kaczym skrzydłem. Ale też język, którego używano, był wykwintny, pełen wyszukanych zwrotów i prawniczych terminów. Zwracano się do sądu per „Wysoka Eksmisjo” czy „Wysoka Proceduro”. A raz, pamiętam, kiedy pewien adwokat powiedział w przemówieniu, że „sąd jest najwyższym ekspertem”, podchwycił to natychmiast oskarżony i zwrócił się do sędziego: „Najwyższa Ekspertyzo!” 
 
Nie doczekaliśmy się następcy Wiecha, chociaż język „mówiony”, uliczny i żywy przemycany jest w niektórych reportażach. Dzięki temu zostaje archiwizowany jeden z ważniejszych punktów tożsamości lokalnej.
 
Komentarze (0)
Kafle
Mamy w domu galerię Pałacu Kultury. Mieści się w dość specyficznym miejscu: w toalecie. Na ścianie są odbite szablony z konturami Pałacu, naklejki, obrazki, zdjęcia i collages. Nawet uchwyt na ręcznik jest w kształcę różowego budynku. Szkoda, że nie mydło (ale jeszcze takiego nie znalazłam).
 
Moda na gadżety związane z Warszawą przyszła kilka lat temu za sprawą internetowego sklepu Babaryba, gdzie można kupić T-shirt z Maluchem, kubek z gołąbkiem by Picasso lub varsaviana. Po jakimś czasie, kiedy publikacji warszawskich, ozdób i pamiątek z motywami miasta pojawiło się naprawdę dużo, uznałam, że niewiele jest w stanie mnie poruszyć.
 
Owszem, podobało mi się wszystko, a już najbardziej kubki z motywami neonów i symboli kojarzących się z PRLem (wytwórnia MamSam plus mnóstwo utalentowanych projektantów) ale szukałam czegoś odkrywczego. I nagle jest: o matko! Warsaw Slow Design (http://warsawslowdesign.com/) wymyśliło płytki-ceramiczne (w wersji korkowej jako podstawki pod kubki) które są wiernymi kopiami kafli- ozdobnej ceramiki używanej w przedwojennych warszawskich kamienicach, na ich klatkach schodowych i bramach. Pozostawiono na nich nawet ślady pęknięć czy odprysków dzięki czemu złudzenie starości jest większe. 
 
Kafle po uformowaniu z gliny są wypalane a ich powierzchnia zewnętrzna pokrywana jest szkliwem. Warto wchodzić do niektórych bram ostańców aby zetknąć się z tym szczególnym detalem ozdobnym. Motywy roślinne, mozaiki lub postaci ludzkie przedstawiane są zazwyczaj w zgaszonych barwach kojarzących się z secesyjnymi zieleniami czy głębokim brązem.
 
Warsaw Slow Design wykorzystał wzory już istniejące ale pomysł jest inspirujący: ciekawa jestem, co mogłoby znaleźć się na współczesnych kaflach: nowoczesne motywy geometryczne, jaskrawe barwy, a może napisy?
 
Technika ozdabiania budynków powstających obecnie w Warszawie kojarzy się z promocją terakoty w Obi. Jednolite barwy, niejakość (aby, broń Boże, nie urazić czyjegoś gustu, aby wszystko było bezpłciowe) i całość kojarząca się z publicznym kiblem- aby było higienicznie.
 
Tęsknię do kolorowymi, małymi dziełami sztuki, przy których przechodzi się codziennie spiesząc do pracy.
 
W sztuce "Muranooo" wykorzystałam kaflowe historie i przedstawiłam je w formie komiksu. Takie też byłyby dobre i teraz.
 
 
www.warsowslowdesign.com
Komentarze (1)
A jednak
Jedno z pytań, które padło na spotkaniu autorskim w Moskwie brzmiało: „czy byłabyś w stanie mieszkać poza Warszawą? Może jest jakieś inne miasto, które również ci się podoba?”
O, jest ich wiele. Nowy Jork zobaczony z okien samolotu sprawił, że chciałam w nim zamieszkać. Kiedy chodziłam po Canal street czy jechałam metrem do małej galerii byłam pewna, że mogłabym tu żyć. Sama Moskwa też niczego sobie- trudna, zimna i wcale nie „zachodnia” a jednak monumentalna, zabawna, ozdobiona podobiznami Kiwaczka. Są jeszcze Paryż, Praga i Barcelona. Małe Oslo i wielki Londyn. Wirujący Berlin i ozdobna Bratysława. 
 
Co z tego, kiedy ja chcę w Warszawie. 
W smrodzie, chaosie urbanistycznym i niedoróbkach. Zupełnie bezsensu.
 
Gdzie z drugiej strony cieszy nowy neon (Scena Przodownik na Olesińskiej), nowy most (jednak imienia Marii Skłodowskiej- Curie!), nowy klub (ach, ta ulica Wilcza) i nowe domy (ciekawe, jak będzie wyglądał apartamentowiec na placu Grzybowskim?)
 
Gdzie z trzeciej strony denerwuje korek, kupa na trawniku i brak miejsc do parkowania. I obrzydliwe wielkoformatówki (nie ma to jak odnowić dworzec i go potem zakleić reklamą). I okropne reklamy Euro 2012 (Chopin i Syrenka w wersji straszydełka). Chamscy ludzie. Wysokie ceny. Brak słońca.
 
I na środku my wszyscy. Warszawofile, animatorki kultury, społecznicy i artystki. Organizacje pozarządowe i teatry stołeczne. Domy kultury i klubokawiarnie. Pisarze i poetki. Muzycy i tancerki.
W samym środku bigosu. Oczywiście sfrustrowani i marudzący. 
Ale ciągle do przodu.
 
Komentarze (3)
Kronikarki
Fundacja Archeologia Fotografii wydała bardzo ciekawy album ze zbiorem zdjęć dwóch fotografek- Zofii Chomętowskiej i Marii Chrząszczowej. Obie panie tuż po wojnie pracowały nad dokumentacją zniszczeń Warszawy. Ich zdjęcia to w głównej mierze ruiny- jakieś druty, gruz, urwane ściany. Krajobraz pobojowiska. Trudno w takich nienormalnych warunkach tworzyć normalnie. A jednak zdjęcia mają coś do powiedzenia oprócz znanego tytułu wystawy „Warszawa oskarża”. Tak, te prace są jednym wielkim oskarżeniem- wskazaniem na piekło ludności żyjącej w (z)bombardowanym mieście. Mimo wszystko mają swój styl, swoje opowieści. Są wzruszającą pocztówką z tamtych czasów.
 
Poniżej fragment mojego tekstu umieszczonego w albumie „Kronikarki. Zofia Chomętowska i Maria Chrząszczowa”.
 
Bierz pani ten aparat i leć na ruiny, na te cegły. Szybko, bo zaraz wszystko może rozwalić się raz jeszcze. Resztki fasad poniszczonych budynków wyglądają, jakby miał runąć w sekundę. Jakieś to takie ciągle niepewne, czterdziesty piąty rok i Niemcy z Ruskimi w odwrocie, ale lepiej nie mieć złudzeń. A nuż człowiek się odwróci, na chwilkę kupić pieczywo wyrabiane z pyłu i żwiru, a tu bach i trach. Znowu nic nie będzie.
 
To, co pozostało po bombardowaniach i wysadzeniach pozlepiane na ślinę, domy mieszkalne jak ser, ulice jak piaskownica. Chwieje się to wszystko w posadach. Litości, mówi do wiatru ściana, litości, szepcze do biegających ludzi. Cichosza, bo fikniemy z cegłami na bruk. Jeszcze byle wichurka, a pogubimy piętra. Ktoś zapuka do naszych drzwi, a drzwi z futryną odpadną.
 
Jest coś w tuż-powojennej Warszawie chwiejnego jak chód pijaka. Tak on się stara iść prosto, żeby nikt nie wyczuł gorzały, ale lata od lewej do prawej. I podobnie stolica- z mętnym wzrokiem patrzy na nas z wyższością i mówi: o jezu, bez przesady, to się przyklepie, tam się zalepi i jakoś to będzie. Polacy, nic się nie stało, do domów wracajcie i normalnie mieszkajcie, bo nic się nie stało. 
 
Tak, ale też nic nie stoi. Jakiś taki obraz niepewny, jakby ktoś kichnął i to się rozsypało. 
 
Cegła cegłę przytula. Zbiera pył z okolicy i nerwowo wsypuje go między siebie. Coś może z tego wyjdzie, kolejny dom zostanie dumnie wpisany do rejestru Biura Odbudowy Stolicy. A ludzie natychmiast przyniosą te swoje worki, torby i resztki dobytku, na którym siedzieli w schronach i w obozach przejściowych.
 
Miska, nóż, kawałek obrusa. Kładziemy deskę na fragment podłogi i już jest stół. A potem to tylko znajdzie się połamane krzesło i robi się przytulnie jak w domu. Jak kiedyś, sprzed, zanim, za normalności. Te obrazki przyklepywania codzienności szczególnie wzruszająco prezentują się na czarno białych zdjęciach. 
 
 Dlatego też rwij pończochy, na wystających drutach, rusztowaniach fotografko. Łam obcasy na roztrzaskanych pomnikach i leć.
Leć robić zdjęcia. 
 
Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze wpisy
2011-12-25 10:25 Pożegnanie
2011-12-17 13:21 Wiech w sądzie
2011-12-10 16:54 Kafle
2011-12-04 12:30 A jednak
2011-11-28 09:19 Kronikarki
Najnowsze komentarze
2012-01-05 15:26
Margarithes:
Pożegnanie
i jak to tak? Przyszłam poczytać i mnie tu żegnasz? Jesteś tu potrzebna!
2011-12-31 18:51
Moozaiki:
Pożegnanie
Powodzenia i do zobaczenia w innym miejscu:)
2011-12-28 13:22
monsaj10000:
Pożegnanie
:( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :( :(
2011-12-27 22:34
Pankreatior:
Pożegnanie
:(((
2011-12-27 12:08
Sylwia Chutnik:
Pożegnanie
Bardzo Wam wszystkim dziękuję. Może kiedyś jeszcze pobloguję. Na razie orzeźwiająca przerwa:)
O mnie
Sylwia Chutnik

Pisarka, działaczka społeczna

Mój profil w iWoman.pl

Sylwia Chutnik on Facebook